Afkuje ze Bog ma dla mnie bogactwo, dostatek dobrobyt i spełnienie marzen i wyszło mi z pś takie zachamowanie, by w ogóle marzyć, by coś chcieć, z obawy że to spowoduje, coraz więcej i wiecej chcenia różnych rzeczy i coraz wieksze niespelnienie. Więc lepiej juz nic nie chciec, uważac, że wszystko się ma wystarczająco. No niby fajna idea z tym ostatanim, ale intencje głebsza chyba jednak nie do konca czysta.
To przekonanie, że im wiecej czlowiek chce, tym gorzej bo to taka studnia bez dna. Wydaje mi sie ze to mysl z jakiejś szkoły "rozwoju duchowego", a za tym idzie wyrzeczenie, rezygnacja z przyjemności ( zachłanności?) materialnego świata, postrzeganych jako pułapkę, odciągającą od Boga i oświecenia. Bo przecież "szczęście i radość, miłość są bezwarunkowe i poza materią".