Po raz pierwszy nie jadę do rodziny na święta. Zostaję z partnerem. Mama to akceptuje i nawet wspiera, abym nie marnowała pieniędzy na wyjazd. Wysłałam mamie i bratu paczkę z prezentami, proste, ale żeby się pośmiali, bo to zabawne gadżety. Na tyle mi się pouzdrawiało, że nie mam kontaktu z większą częścią rodziny i nie wymuszam, aby było inaczej. Ja się zmieniłam, oni niezbyt, więc naturalną koleją rzeczy było oddalenie się. Ania82 - pomyśl sobie co Cię trzyma przy nich, jakie emocje, jakie haki na Ciebie mają, abyś musiała się podporządkować. Właśnie wyobraź sobie, że tak jest. Nie musisz robić nic dla innych, możesz zaszyć się sama i mieć z tego czystą przyjemność i spokój. Trudno jest odmówić zaangażowania rodzinie, ponieważ zapewne od lat czerpią energię z wywalanek i cierpienia innych członków rodziny. Przywykłam nazywać rodziny wzajemnym kółkiem pijawek, które znajdują otwarte rany, aby móc possać, tam gdzie istnieje taka możliwość. Daj sobie dużo akceptacji, nawet dla tych odczuć, że nie chcesz jechać do rodziny, nie chcesz spędzać z nimi tego czasu. Kiedyś czułam się fatalnie, bo skakali mi po głowie w każde święta, nawet w każde odwiedziny w domu. Gdy znika kozioł ofiarny reszta w rodzinie wariuje, zaczynają się zderzać z własnymi do tej pory odrzucanymi problemami, po prostu nie mają się na kim wyładować, komu podessać energii. Mają wybór, albo się zmienić po wielu trudach, albo w dalszym stopniu wariować

)) Chyba najważniejszym w tej sytuacji jest doświadczenie prawa decydowania o sobie - ja mogę, ja mam prawo do wyboru jak spędzam mój prywatny czas.
Dotarło do mnie, że na siłę chciałam być lubiana i akceptowana. Wiele studentek - kolezanek odsunęło się ode mnie...tak cichaczem ze strachu, z przerażenia. Ludzie się poznają i widać kto jest katolikiem, kto wierzy w to i siamto. Coś do nich dotarło. Jeden niewinny link na fejsie z dalajlamą i rzuciły się na mnie hieny w prywatnych wiadomościach

Jezu Ty jesteś drogą....masa pouczania i tak dalej. W sumie to już nie dziwie się, że nie mam koleżanek, żyję w jakimś odciętym świecie, do którego wpuszczam nielicznych, z resztę traktuję powierzchownie. Kiedyś myślałam, że to niewłaściwie, niezdrowe dla mnie. Teraz wiem, że to jak najbardziej w porządku. Jeżeli ktoś mi nie pasuje, ktoś nie nadaje na moich falach, to nie ma sensu angażowania mojej uwagi, energii na relacje z taką osobą. Wiadomo, pozostajemy w różnych relacjach, i tak to już będzie. Nauczyłam się jednak szanować o wiele bardziej mój czas, świadomość, energię. Daję ją zwielokrotnioną tym którzy na to zasługują, innym mniej lub zupełnie ich omijam. DDA ma to do siebie, że uwielbia się wszędzie pchać, aby wszędzie zostać przyuważonym, wszędzie docenionym, zaakceptowanym. Tak na prawdę ludzie, którzy zamykają się w normach psychologicznych i uważani są za zdrowych poddają się jakiemuś szaleństwu, któremu próbują za wszelką cenę sprostać. Według jakich norm chcemy żyć? własnych czy psychologicznych? To taki luźny wywód, nie tyczący się już wypowiedzi Ani82.