Witam wszystkich cieplutko:)
Post będzie długi. Już mam wyrzuty sumienia, że za długi, że zaśmiecam forum i tylko zawracam ludziom głowę swoimi problemami. No ale w ten sposób do niczego nie dojdę, więc muszę w końcu spróbować.
Marzyłam o tym, żeby moja praca nie wiązała się bezpośrednio z ludźmi. Na początku pracowałam w sklepie zoologicznym, gdzie mogłam dzielić się swoją miłością do zwierząt. Jednak częsty kontakt z ludźmi stresował mnie tak bardzo, że psychicznie nie wytrzymałam. Długo nie mogłam znaleźć czegoś sensownego, co dawałoby mi ludzkie godziny pracy, nienajgorsze pieniądze i spokój od ludzi. Pomyślałam sobie, że świetną opcją byłaby praca w jakimś małym hotelu, gdzie mogłabym sama sprzątać pokoje, wtedy miałabym bardzo ograniczony kontakt z ludźmi. Skupiłam się na konkretnych warunkach i po dwóch tygodniach przyszła do mnie dokładanie taka praca jaką sobie „wymarzyłam”. Wtedy w praktyce zderzyłam się z gorzką prawdą, że od problemów nie da się uciec.
Pozornie wykreowałam sobie pracę wprost idealną dla mnie na ten moment. Mam elastyczne godziny pracy, mnóstwo wolnego czasu, który mogę poświęcać na pracę nad sobą i rozwijanie swoich talentów. Pieniądze też nie są najgorsze, a szefowa jest uczciwa. Praca luźna, a kontakt z innymi pracownikami jest faktycznie mniejszy, niż w innego rodzaju pracach. Nic, tylko się cieszyć…
I tu się zaczyna. Dziewczyny z którymi pracuję znęcają się nade mną psychicznie wymyślając coraz to nowsze sposoby na uprzykrzanie mi życia. Jestem bardzo spokojną, nieśmiałą i bezkonfliktową osobą, one wyraźnie mnie nie akceptują, wyczuwają moją podatność i robią ze mnie kozła ofiarnego. To dla mnie oczywiście nic nowego, nie pierwszy raz spotykam takich ludzi i zdaję sobie sprawę ze swoich intencji i z tego, że podświadomie przyciągam sobie takie osoby. Dlatego moja praca nad sobą ruszyła pełną parą, choć ciężko mi było zacząć, bo do samego rozwoju też mi bardzo wywalało. Głównym tematem wywałek byli oczywiście ludzie. W mojej głowie stworzył się jakiś dziwny obraz, że środowisko rozwojowe jest złe. Podczas pisania jednej z afirmacji zapisałam myśli, które bardzo męczyły:
„Przejmuję się opinią i obecnością innych ludzi, którzy również zajmują się rozwojem duchowym. Boje się, że kiedy będę zajmować się rozwojem duchowym spotkam na swojej drodze ludzi rozwojowych - widzę ich jako wrogów, osoby które mnie nie akceptują, jako złych ludzi”.
Nie doszłam jeszcze do przyczyny, ale jestem w trakcie uzdrawiania swojego stosunku do rozwoju. Jedyną rozwojową osobą jaką znam, jest mój partner, który jest niesamowicie ciepły, kochany i bardzo mądry. Ja jednak podświadomie tak bardzo bałam się ludzi w tych klimatach, że aż blokowało to moją pracę nad sobą, jakby samowolnie, choć wiedziałam, że pracując nad sobą nie muszę mieć kontaktu z żadnymi ludźmi, że to ja się rozwijam, że to przecież indywidualna droga każdego z osobna. Wmawiałam sobie, że nie potrzebuję niczyjego wsparcia, ani nie potrzebuję dzielić się z nikim moimi odczuciami. Wolałam zostawać z nimi całkowicie sama, stroniłam od ludzi, zamykałam się we własnym małym świecie, jednocześnie czując żal i rozpacz, że nie mam przyjaciół i że prawie każda napotkana osoba odbiera mnie negatywnie.
Wracając do mojej relacji z osobami w pracy muszę przyznać, że aż takich ataków w moją stronę jeszcze nie było. Próbując się otworzyć i nawiązać z nimi kontakt, opowiedziałam jednej z nich o swoich planach, opowiadałam o tym jak uwielbiam malować i chciałabym zacząć sprzedawać swoje obrazy i spełniać się jako artystka. Kolejnego dnia trzy dziewczyny na jednej z przerw zaprosiły mnie do kuchni i kazały usiąść przy stole. Wszystkie stały nade mną tak, żebym nie mogła wstać i odejść, podsunęły mi kawałek kartki i długopis i po ustaniu złośliwych uśmieszków i komentarzy jedna z nich rozkazała mi narysować koleżankę stojącą obok. Zdziwiłam się i na początku byłam jeszcze spokojna i powiedziałam z uśmiechem, że ciężko będzie mi teraz coś narysować zwykłym długopisem na takiej małej kartce i że rysowanie realistycznych postaci nie jest wcale takie proste i potrzeba mi więcej czasu i skupienia. Wtedy jedna z nich wlepiła we mnie wzrok, wcisnęła długopis do ręki i powiedziała, że nie odejdą póki jej nie narysuję: „podobno umiesz rysować więc nam udowodnij”. Skojarzyło mi się to z podstawówką, czułam się zdezorientowana, bo nie sądziłam że dorosłe kobiety są w stanie zachowywać się w ten sposób. Padało wiele poniżających i niemiłych uwag, po czym ze strachu i ze łzami w oczach, napełniona emocjami jak balon, narysowałam koślawy szkic. Usłyszałam, że „tego można było się spodziewać” i wtedy zostawiły mnie samą. To zdarzenie wypłukało ze mnie resztki chęci i wiary w to, że jestem w stanie osiągnąć cokolwiek jako artystka i od tamtej pory nie jestem w stanie niczego stworzyć. Potem takich przykrych akcji było coraz więcej. Mam wiele zainteresowań, wiele umiejętności, które rozwijałam w dzieciństwie. Zamykałam się w swoim własnym świecie i zamiast wychodzić, bawić się z dziećmi wolałam rysować, malować, szyć, pisać książki i lepić zwierzątka. Rodziców nie było stać na drogie zabawki, więc robiłam je sama, rysowałam lub wycinałam z tektury własne lalki, podbierałam mamie nici i materiały i szyłam własne maskotki. Tak wyglądało całe moje dzieciństwo i nastoletnie lata, większość ludzi których spotykam nie potrafi mnie zrozumieć, ani zaakceptować mojej odmienności. Innej współpracowniczce opowiedziałam, że mam w planach rzeźbić figurki na zamówienie, kolejnej powiedziałam o tym, że kupiłam materiały na uszycie sukni, a potem przy rozmowie o psach opowiedziałam im o mojej weterynaryjnej przeszłości i zamiłowaniu do zwierząt. Wtedy zauważyłam, że otwierając się przed nimi, opowiadając o sobie, pogrążam się jeszcze bardziej. Uzyskałam oficjalne miano kłamczyni, dowiedziałam się, że wymyślam te opowieści, żeby się dowartościować i pokazać im jaka jestem fajna, bo mam tak wiele zainteresowań, a to przecież nie może być prawda. W pewnym momencie wszystko co powiedziałam w pracy było uznawane za kłamstwo i do dziś jestem obwiniana za wszystkie błędy, które one popełniają.
W końcu doszło do pewnej bardzo emocjonalnej rozmowy, kiedy oskarżały mnie wprost o coś co zrobiła współpracowniczka. Wyrzuciły na mnie tyle jadu i wcisnęły mi, że jestem winna, każąc płacić za coś czego nie zrobiłam. W końcu nie wytrzymałam i wybuchnęłam płaczem pytając wprost dlaczego mi to robią. Sprawa przycichła, one się uspokoiły na jaki czas i w końcu przestało mnie ściskać w brzuchu.
Problem oczywiście wrócił i ilekroć próbuję zamieść temat pod dywan on zawsze wraca i to z podwojoną siłą. Nie chcę się już temu poddawać. Wiem, że to co się dzieje to wynik zmian, które we mnie zachodzą, wbrew pozorom czuję, że jest lepiej i że coś się oczyszcza. Potrzeba mi jednak poczuć wsparcie od innych ludzi. Mam mojego ukochanego, który zawsze mnie wspiera i kochającą mamę, która życzy mi jak najlepiej. Nie wiem jednak jak to jest poczuć wsparcie od innych osób i przyznam się publicznie przed Wami i sobą:), że tak – brakuje mi tego. Zamykałam się przed ludźmi, z góry podejrzewałam ich o najgorsze, zamykałam się w swoim świecie, ale nigdy nie mogłam uciec od tego bólu. Potrzebuję miłości innych ludzi i to jest naturalne że chce być akceptowana i kochana.
Przedwczoraj na zakupach pan sprzedający ziemniaki był dla mnie tak miły, że miałam ochotę stać przy tym straganie, tulić się do niego i dziękować, że dał mi tyle ciepła:D Nagle język mi się rozplątał i sama się zdziwiłam, że byłam w stanie przy obcej osobie powiedzieć coś bez stresu i pełnymi zdaniami;P Czytam forum od roku i zawsze dziwiłam się skąd w ludziach taka potrzeba uzewnętrzniania się publicznie, przed obcymi osobami. Upierałam się i buntowałam że to nie jest mi do niczego potrzebne, a w rzeczywistości nie miałam nigdy odwagi napisać i bałam się kolejnego zranienia jeśli się otworzę. Napisanie tego posta było dla mnie bardzo trudne, mnóstwo emocji, płacz, pot, tylko krwi brakowało:)) Wiem, że to doświadczenie bardzo mi pomoże, z resztą już pomogło, bo mogłam to z siebie w końcu wyrzucić, poukładać sobie i podzielić się tym z Wami:)