Mateusz
Dziewczyny które ze mną teraz pracują były chyba pierwszymi w moim życiu które kpiły ze mnie i zniechęcały do tego czym chcę się zajmować. Całe życie byłam chwalona, rodzina była ze mnie dumna, byłam nawet podziwiana przez niektóre osoby. W podstawówce zainteresowała się mną polonistka, bo trzaskałam opowiadania na pół zeszytu, potem przyniosłam jej swoje „książki”, pani pokazała ja klasie, wszystkie dzieci były w szoku kiedy trzymała w ręku ponad stu stronicową książkę z ilustracjami napisaną przez siedmiolatkę. To było miłe oczywiście, ale nie czułam się dobrze będąc w centrum uwagi, choć przecież zawsze marzyłam o tym, żeby ludzie się mną interesowali. Naprawdę mnóstwo osób już mi mówiło, że powinnam wykorzystać swoje talenty, zarabiać na tym, pokazać się światu i więcej wychodzić do ludzi. Ja jednak w swojej skorupce czułam się bezpiecznie, wśród ludzi zawsze czułam dyskomfort i sporą niechęć do nich co sprawiało, że nie chciałam się dzielić z nimi niczym pięknym (nie licząc najbliższych). Moje nastawienie zmieniło się kiedy zaczelam pracować nad bezpieczeństwem i otwierać się na boską miłość. Dopiero jakiś czas temu pierwszy raz poczułam, że mogę się poczuć bezpiecznie z tym co robię, jaka jestem, że nic mi nie grozi kiedy uśmiechnę się do kogoś bezinteresownie albo kiedy wyjdę na ulicę pełną ludzi. Wiadomo, wiele lęków jeszcze we mnie siedzi, ale czuję poprawę, skutkiem jest chociażby to, ze napisałam na forum a od prawie roku nie miałam odwagi tego zrobić:)
A jeśli chodzi o okazywanie uczuć sobie to wbrew pozorom nie jest dla mnie to wcale takie trudne. Lubię siebie lubić, lubię dawać sobie miłość, ale przez długi czas myślałam, że to nie jest mi wcale potrzebne i szukałam tej miłości na zewnątrz.