Edyta
Faktycznie, z perspektywy czytającego cała historia brzmi dziwnie, ale to bardziej złożona sprawa. Pracę nad sobą tak całkiem na poważnie zaczęłam niedawno. Mam naprawdę duży bałagan w głowie i ciężko było mi się zabrać za rozwój, bo bałam się, że sobie że sobie nie poradzę, bałam się też konfrontacji z własnymi problemami emocjami i wolałam udawać, że wszystko jest tak jak powinno być.
Jeśli chodzi o pracę mam po rodzicach wiele paskudnych wzorców. Moja mama jest mega inteligentną i ciepłą osobą. Zawdzięczam jej to, że dawała mi w dzieciństwie mnóstwo miłości i wsparcia, nie dawała mi natomiast dobrego przykładu jako zaradna, dorosła kobieta. Często nie wierzyła w siebie, swoje umiejętności, całe życie pracowała za marne pieniądze w beznadziejnych pracach. Mój ojciec, oczywiście alkoholik, wiele razy był bezrobotny, mówiąc że gdziekolwiek nie pójdzie to zawsze go oszukają i nie zapłacą, więc on ma w dupie taką robotę, wolał siedzieć w domu, pić i marnować swoje i nasze życie. Klepaliśmy biedę a tymczasem mój wujek, który pracował w tej samej branży co mój ojciec, zarabiał naprawdę grube pieniądze, wybudował sobie dom pod miastem i żyło mu się zawsze dostatnio. A ja nie rozumiałam dlaczego innym wychodzi a u mnie w domu zawsze musi być taki syf. Mój straszy brat – również bardzo inteligentny człowiek, utalentowany (przepięknie rysuje, pisze wiersze, piosenki), pracuje od kilku lat na magazynie i ciągle narzeka że nie ma pieniędzy, że nic mu w życiu nie wychodzi i stacza się coraz bardziej. Siostra jest po zawodówce i od długich lat pracuje w sklepie spożywczym. Ostatnio, po tylu latach została awansowana na kierowniczkę sklepu ale nie podołała, bo uważa się za zbyt głupią i po 2 tygodniach z powrotem wróciła za ladę. Ja zawsze się wyróżniałam, miałam inne, bardziej świadome, świeższe myślenie, lubiłam się uczyć, przynosiłam do domu świadectwa z paskiem, a nikt nigdy nie zmuszał mnie do nauki. Wszyscy w domu zawsze mówili, że wiele osiągnę, że będę kimś wielkim, osiągnę wszystko to o o czym będę marzyła. A ja całe życie (z domu wyprowadziłam się dopiero pół roku temu) patrzyłam na swoją rodzinę i przesiąkłam tym wszystkim. Dla moich bliskich i kilku innych osób, które widziały moje dokonania to jest takie oczywiste że ja jestem w czymś dobra, że jestem inteligentna, ogarnięta, że wiele mogę osiągnąć. Ale nie dla mnie, ja tego nie widzę. Nie dość że mam bardzo niską samoocenę to jeszcze na dodatek jestem pieprzoną perfekcjonistką, która za dużo od siebie wymaga. Strasznie to męczące.
Z samą pracą nie jest jeszcze tak źle jak to wygląda. Idea była taka, że miałam sobie znaleźć pracę, której warunki pozwolą mi na dużą ilość wolnego czasu, żebym mogła poświęcać go na rozwijanie swoich talentów i nawet na ruszenie ze swoją własną działalnością. Miałam się też zapisać na parę kursów czy nawet do jakiejś ciekawej szkoły w której mogłabym podszkolić swój warsztat (w każdej dziedzinie jestem samoukiem, więc nie znam jeszcze wszystkich technik). Akurat trafiła się ta praca w hotelu, jeśli chcę mogę kończyć nawet o 12 czy 13 i resztę dnia poświęcić na doskonalenie swoich zdolności. Gdybym siedziała w jakiejś innej pracy, która byłaby bardziej intelektulana, pewnie nudna i nie związana z moimi zainteresowaniami, pracowałabym po 8 godzin dziennie, miała o wiele mniej czasu i pewnie niewiele więcej pieniędzy. Nie wiem na ile to prawda, ale tak to wszystko widzę. W praktyce gospodarowanie tym czasem wygląda zupełnie inaczej, z powodu braku jakiejkolwiek wiary w siebie mało czasu poświęcałam na tworzenie. Przez większość czasu się opieprzałam. Teraz chociaż ten wolny czas poświęcam na rozwój, żeby pozbyć się tych wszystkich śmieci które mnie blokują i ograniczają.
A dziewczyny pracujące w tym hotelu są po studiach bądź w trakcie. Jedna z nich studiuje zaocznie nawet jakiś medyczny kieruek. Zainteresowania nawet też mamy podobne, jedna z nich też bardzo kocha zwierzęta. Więc ja się od nich nigdy nie czułam lepsza pod tym względem.