Dziś miałam się spotkać z pewną osobą , ale nie dawała znać i czekałam od 11 do 16 na telefon. Najpierw czułam złość,że nic nie pisze , nie daje znać. Później jednak wyszedł żal do matki,że mnie zostawiała i tak jak dziś oczekiwałam,że przyjdzie - oczywiście na próżno bo nie przychodziła. Popłakałam sobie i poczułam większa ulgę- samopoczucie mi sie poprawiło i poszłam jednak na spotkanie z tą osobą. Gdy uświadomiłam sobie,że dostałam kolejną szansę by przeżyć swój żal o to to przeszła mi cała złość na tą osobę. POźniej nawet pomyślałam,że niezły jest ten Bóg. Naprawdę pełen szacun za 'odwzorowanie' sytuacji z dzieciństwa. Tyle ,że to dwie inne osoby i matka po prostu by nie przyszła;-)
Jeszcze sobie uświadomiłam,że ta kobieta , z którą sie spotkałam - chyba musiała być kiedyś moją kochająca mamusią bo ciągle tęsknie i chciałabym byc jej dzieckiem. Mam coś takiego ,że chciałabym autentycznie żeby się cała na mnie skupiła. POźniej pomyślałam ,że trochę to chore ale wyszło całe niedokochanie ze strony matki. Po prostu ja nadal bardzie potrzebuję madczynej opieki i czuję się miejscami jak 6 latka , która chciałaby aby mamusia z nią poszła na zakupy, pogadała, pochwaliła i poskupiała się na mnie. I jak się na mnie nie skupiała lub mówiła,że teskni za kimś tam czułam zazdrość ,że nie za mną. Chociaz ona bardzo mnie lubi naprawdę;) dała mi nawet 300 zł i 2 pary super butków totalnie w moim stylu! Ale ja jestem chyba jak studnia bez dna , której nie można zapełnić. Jak mam sobie dać aż taką miłość żeby zapełnić lukę z dzieciństwa. Czy to w ogóle możliwe?