...ale czasem wszystko wygląda inaczej, kiedy odejście kogoś jest wynikiem naszego otwarcia na coś lepszego ,na lepsze życie, kiedy jest związane z naszą przemianą i brakiem zgody na doświadczanie tego co doświadczaliśmy.Jeśli to jest z najwyższym dobrem, to czasem ono się manifestuje właśnie w ten sposób ,ze ktoś dla nas toksyczny odejdzie .
Ontoja, fajnie, że napisałeś o tym, bo uświadomiłam sobie, że przez te ostatnie 1,5 roku (od śmierci ojca) spotkało mnie tak wiele zmian na lepsze, że aż nie sposób tego opisać! To mogło być tylko wynikiem otwarcia się na najlepsze, a śmierć ojca była tym spektakularnym wydarzeniem początkowym

No i co jeszcze: Odzyskiwanie wolności zaczynało się właśnie przez to, że los, Bóg, Siła Wyższa (czy jakkolwiek to nazwać) pozwalała mi oddalić się od przedmiotu, czy też podmiotu mojego przywiązania. Już dawno zauważyłam, że w wielu wypadkach byłam zbyt słaba i gdyby nie zewnętrzne okoliczności, które powodowały moje uwolnienie, to nadal tkwiłabym w kupie

(Gwoli ścisłości: Czasem to były okoliczności zewnętrzne, a czasem ja sama dążyłam do uwolnienia się od podmiotu przywiązania, ale zawsze uwolnienie następowało, gdy nie miałam z nim styczności)
Tak jak alkoholik: Trudno od niego wymagać, żeby powstrzymywał się od picia i zdrowiał, gdy mieszka w domu, w którym centralne miejsce zajmuje wypełniony po brzegi barek z napojami wyskokowymi. Tak się po prostu nie da.
Tak więc wszystko zaczęło mi sprzyjać. Niektóre uwolnienia były szybkie, łatwe i radosne (jak śmierć ojca, która przyniosła mi tak wielkie uwolnienie, że nie sposób było się nie radować), a niektóre długie i bolesne.
Ale po kolei.
Zaczęło się, tak jak już pisałam, od śmierci ojca. Potem wyprowadziliśmy się na sezon letni na wieś, na Jurę (do domu, który odziedziczyłam po ojcu). Uwolniłam się od męczącego hałasu miasta i ludzi mieszkających w tym samym budynku, co ja. Samo to już było piękne

A dodatkowo ta przyroda, moc owoców, warzywa ze swojego ogródka, piękne widoki, itd. itp.
Po kilku miesiącach mama nagle zrobiła awanturę o to, że jestem Świadkiem Jehowy i że na pogrzebie ojca trzymałam dumnie uniesioną głowę, zamiast płakać, tak jak ona. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca. Po prostu nie robiłam reżyserowanych scen (tak jak to robiła matka). Tak mnie wtedy zaatakowała, że po prostu nie dałam rady się z nią spotykać. Ogromnie mnie to zabolało. Ona też nie dążyła do spotkania. Pracowałam nad tym intensywnie kilka miesięcy i puściło

Nie wszystko jeszcze jest czyste między nami, ale jest git i idzie ku lepszemu

Nie czuję uzależnienia, mogę się z nią normalnie kontaktować (muszę od czasu do czasu, bo mamy wspólne nieruchomości).
Tak oto uwolniłam się od uzależnienia od b. destruktywnej osoby (zdiagnozowana jako istota bez WJ).
Po tym, jak odpadło to uzależnienie, zapragnęłam mieć związek oparty tylko na miłości. Na niczym więcej. A my z mężem kochaliśmy się… za bardzo. Tzn. byliśmy od siebie uzależnieni.
Praca nad tym tematem nic nie dawała póki byliśmy razem. To było jak walenie głową o mur, albo jak ten alkoholik, co to mieszka pod jednym dachem z pełnym barkiem

Pomyślałam, że musimy na jakiś czas się rozstać, żeby w samotności to przepracować.
Zwierzyłam się Leszkowi z mojego pragnienia, a on na to, że mogę zamieszkać u niego w domu (przez miesiąc), podczas gdy on będzie na długim wyjeździe. Miałam dla siebie cały dom (i jego pełną bibliotekę rozwojowych książek

na drugim końcu Polski! Lepszej samotni nie mogłam sobie wymarzyć (marzyłam co najwyżej o tym, żeby wynająć mieszkanie w tym samym mieście)! Po prostu Leszek spadł mi z nieba ze swoją propozycją!

Oczywiście mąż nie chciał się zgodzić, tak bardzo się bał, że się rozstaniemy.
A teraz? Teraz twierdzi, że było to najlepsze rozwiązanie wszechczasów! Może nie jest jeszcze idealnie w naszym związku, ale jest tak pięknie, że kiedyś trudno byłoby to sobie nam wyobrazić

Czuję w związku prawdziwą miłość, wolność i wsparcie. I z każdym dniem jest coraz lepiej, bo nadal razem pracujemy nad tym intensywnie

Kolejna sprawa: Rzuciłam pracę, której szczerze nienawidziłam, ale coś mydliło mi oczy i nie byłam w stanie z niej odejść. A teraz jestem wolna. I niedawno, po raz pierwszy od wielu lat, nie czuję żalu, że jej nie mam! Wręcz przeciwnie: Myślę sobie, jak mogłam tam tak długo wytrzymać?

I pomyśleć, że wcześniej nie chciałam odejść również z tego względu, że bałam się, że będzie to ucieczka od problemu, hehe.
To tylko grubsze sprawy, które wydarzyły się na przestrzeni ostatniego półtorarocza. O drobniejszych nie piszę

Jak sobie to uświadomiłam, to aż mnie ciarki przechodzą!
Tak sobie myślę, co się stało, dlaczego tak, skąd takie otwarcie na najlepsze?
Być może przyczyniła się do tego praktyka Techniki Uwalniania. Na warsztatach byłam nieco ponad półtora roku temu

A Adam mówił, że po nich wiele osób do niego dzwoni i mówi, że dzieją się cuda

W każdym razie dziś zdałam sobie sprawę z tego, że jestem niesamowitą szczęściarą

Jestem bardzo, bardzo wdzięczna i dziękuję sobie za otwarcie i wszystkim ludziom, którzy mi pomogli, świadomie, bądź nie

*
I zdaje sobie tez sprawe,ze jest we mnie jeszcze duzo tego katolickiego poczucia winy za takie myslenie.
Semira, ja myślę, że to, skąd to poczucie winy pochodzi jest mniej istotne od tego, po co się go trzymasz (po co jest Ci ono potrzebne, co Ci gwarantuje?)
