Mam
chyba jakieś jazdy z włosami. Wczoraj stwierdziłam, że muszę SOBIE (w
domyśle - sama) podciąć końcówki, na co moja koleżanka wielokrotnie
wyrażała chęć, że ona to zrobi i że nie muszę chodzić z tym do fryzjera,
bo szkoda kasy. Aż mnie ciary przeszły na samą myśl i za każdym razem
zmilczałam propozycję.
Swoją drogą, nie lubię chodzić do fryzjerów, niby zabieg przyjemny (też
zależy, kto głowę masuje przy myciu i o czym wtedy myśli, bo zdarzało mi
się wychodzić od fryzjera bardziej zmęczoną, niż wchodziłam), a zawsze
potem wyglądałam, jakbym potknęła się na trawniku i wpadła pod
rozpędzoną kosiarkę. W dodatku, jak ktoś inny niż ja sama dotyka moich
włosów, to one się strasznie potem plączą, buntują, rozdwajają w
cholerę, jakby tylko po to były, żeby robić problem.
Małe sprostowanie, że nie wliczają się osoby z nielicznej grupy bliskiej
memu sercu.