Ale mi fajnie po dzisiejszych warsztatach u Leszka, szczególnie po końcowej wizualizacji, gdzie puszczaliśmy różne obciążenia w kwestiach bogactwa i gdzie w pewnym momencie ruszył mi się dość ostro pewien istotny temat.
Moja pś wciąż, mimo 4 lat ostrego rycia była przywiązana do tych wszystkich duchowych ról, klimatów i zasad. A mi się pojawiła taka wizja, jak Bóg ma dla mnie proste, szczęśliwe, bogate życie u boku ukochanej, ale to się kłóciło z tym całym pomysłem pś na bycie wielkim guru, mistrzem uwielbianym przez tłumy, ukochanym przez Boga ascetą, itd. No i poczułem w pewnym momencie, że zaraz... od setek wcieleń jak nie dłużej bawię się w ten cyrk i co z tego mam? Zdarzało mi się być jakimś ważnym guru, manipulowałem tłumami i miałem uznanie, podziw, władzę i co mi z tego wyszło? Tylko mnóstwo obciążeń i niespełnienia w tym, co rzeczywiście ważne.
A tu z drugiej strony możliwość bycia szczęśliwym, spełnionym z dala od tych cyrków. Poczułem, że już samo bycie z moją ukochaną jest tak cudowne, że jest warte puszczenia tego wszystkiego w cholerę, a co dopiero jak tu dorzucić jeszcze materialne sukcesy w kwestiach pracy, pieniędzy, zainteresowań, itp. No i w tym momencie poczułem coś w stylu "a pieprzyć te pseudorozwojowe cyrki" - zobaczyłem jakbym na czubku głowy miał coś w rodzaju białej korony symbolizującej moją duchową wyższość, mistrzowatość i inną zajebistość. Zrzuciłem to świecidełko i odetchnąłem z ulgą.
Ledwo liznąłem tej karmy guru w praktyce, bo w gruncie rzeczy nie zostałem jeszcze żadnym oficjalnym nauczycielem i nie zebrałem sobie grupki uczniów zapatrzonych we mnie jak w obrazek, ale chyba raczej nie będę się w tym realizował w praktyce, prędzej wolałbym to sobie odreagować na sucho. Ile można w tym tkwić? Chciałbym się pospełniać w czymś, co nie jest przesiąknięte duchowością bezpośrednio, bo czuje spory przesyt. Wolałbym się skupić na tym, że Bóg jest i przejawia się także w wielu innych sferach, a nie tylko w rozwoju.
Jakoś mi tak po tym wszystkim zwiększyła się przestrzeń dla mojego przejawiania się i mam większy luz do ludzi w sensie, że mam bardziej w tyłku co o mnie sądzą. Skoro nie muszę już zgrywać wielce uduchowionego, doświadczonego guru to mam w czterech literach co sądzą o moim uduchowieniu inni. Partnerkę też przestałem podświadomie presjonować na to, żeby się w końcu wzięła za ten rozwój i dałem jej wolność i przestrzeń. Się zainteresuje bardziej to się zainteresuje. A jak nie, to nie. Nieważne. Dopóki jest nam ze sobą dobrze to jest dobrze, co ja się będę przejmował i uzależniał swoje szczęście od głupich wyobrażeń? Szczególnie jeśli ona sobie świetnie radzi z wieloma rzeczami i wyszła z większego bagna niż ja, bez użycia żadnych technik. Ludzie się rozwijają po swojemu, kto powiedział, że to musi być w formie afirmacji i regresingu od razu?
Jakoś czuję, że rozwój mi starczy jako narzędzie do osiągania konkretnych celów i nic więcej, a nie jakiś kurna wyższy sens istnienia czy inna podstawa życia. Albo te całe oświecenie sroświecenie. No Boże. Się oświecę to się oświecę, cokolwiek to znaczy tak naprawdę. Wiem, że chce być szczęśliwy, że chce mieć cudowny związek i go rozwijać sobie, że chce mieć fajną pod wieloma względami pracę, nadmiar swoich pieniędzy, dobre i przyjemne relacje z ludźmi, coraz lepszy kontakt z sobą i Bogiem, coraz większe i swobodniejsze możliwości przejawiania się, itp. itd. Tyle jest jeszcze do zrobienia z rzeczy, które JA chce i które uważam za słuszne i korzystne, więc co mi nastawianiu się na jakieś abstrakcyjne oświecenie? Co mi po próbach przeskoczenia tych moich potrzeb czy innego ominięcia ich, żeby tylko szybciej osiągnąć to cudowne oświecenie i mieć już wszystko z głowy i poczucie bezpieczeństwa, że teraz to już nic mi się złego nie stanie i nie upadnę nigdzie?
Uważam, że w rozwoju powinno się stawiać sobie swoje własne cele (można i należy je konsultować ze swoim WJ), a nie jakieś tam odgórne, które powinno się czy które świadczą o wysokich ambicjach duchowych, itd. jak ktoś się rozwija głównie po tym, aby np. mieć fajny, czysty energetycznie seks to jest to ok, nawet jak stanowi główną motywację! Cele można sobie potem dodawać czy zmieniać wedle potrzeb, ale nie ma się zmuszać do tego, aby stawiać sobie oświecenie jako cel nadrzędny, bo zaraz się załącza setka wyobrażeń co to oznacza i co za tym idzie. I często potem taka osoba to sobie może długo pomarzyć o tym fajnym seksie, no bo przecież asceza jedyną słuszną drogą rozwoju czy coś

A szybciej by ta asceza odpadła, gdyby nie było niepotrzebnego parcia na oświecenia i inne szmery bajery.