Wyznam wam, że miałam cudowny weekend

Zupełnie zapomniałam, że mieszkam nad oceanem.. wczoraj pojechałam żeby zobaczyć zachód słońca, akurat słońce zachodzi z drugiej strony, ale poświata jaka była nad oceanem odebrała mi mowę, coś pięknego-różowe niebo ogarniało cały horyzont..
I fajne uczucie, że mogłam zobaczyć zachód z drugiej strony Atlantyku - kiedyś mieszkałam po drugiej stronie na wybrzeżu w Portugalii, a teraz po przeciwnej stronie. Na razie nie znam tu za bardzo ludzi, ale co rusz to ktoś do mnie zagaduje albo ja do kogoś. Wczoraj jacyś Rosjanie zaczepili mnie na plaży i spytali czy im nie zaśpiewam jakiejś piosenki po polsku... więc śpiewałam, klaskałam, a oni ze mną, później gadaliśmy z pół godziny
Dziś byłam na regatach słynnych na całe Stany, różne uniwerki konkurowały ze sobą na rzece, dużo ludzi, poznałam fajne dziewczyny, spędziłyśmy bardzo fajne popołudnie na kawie, pogadałyśmy i w ogóle dzień był bardzo udany

Widziałam mały zespół śpiewający przy stacji metra, bez użycia prądu, jednak na sprzęcie elektronicznym... wiecie jak to działało.. szok! 3 ludzi pedałowało by sprzęt działał

Potem dziewczyna rozdająca ulotki z tekstem "Jesus loves you!" , chciałam jej powiedzieć, że wiem, ale poszłam

Czuję się tu powoli jak u siebie, właściwie bardzo fajne to miasto, takie studenckie, piękne stare budynki w centrum, kolorowe drzewa, klimatyczne kafejki. Nie ma tego ogromu wieżowców, tłumów ludzi, szaleństwa. Jest za to taki fajny naukowy klimat.
Szkoda, że aparatu nie zabrałam, to bym pokazała jaka tu piękna jesień panuje, jak klony czerwienieją i nadają niesamowitego klimatu wszystkiemu. No jeszcze dwóch rzeczy mi tu brakuje - holenderskiego roweru i gitary, na której chciałabym się nauczyć grać. Już mam wizję jak ze znajomymi jedziemy na plażę i śpiewamy wspólnie przy ognisku albo i bez ogniska.
Jedyna rzecz jaka mi przeszkadza na teraz to to, że moja pś trochę zaczyna szaleć jak zaczyna się za dobrze układać, jakby miało mnie to zaprowadzić do szaleństwa.. do przerobienia jeszcze.