Jakby moja mama miała umrzeć to nie wiem czy obchodziło mnie to cokolwiek ponad te odczucia, które rodzina by wyciągnęła ze mnie siłą wchodząc mi na poczucie winy.
W ogóle od ostatnich warsztatów mocno mi wywala dzieciństwo, więc się dzieją takie akcje jak ta, kiedy mama rozmawiała z siostrą o posiadaniu dzieci. Akurat przechodziłem obok, aby usłyszeć fragment jak mama mówi, że z dziećmi to ciężko i same koszty, a w ogóle nie ma zysków. I na koniec się spytała kiedy my zaczniemy przynosić zyski.
Przez chwilę się poczułem jakbym był tylko czyjąś kiepską inwestycją.
W sumie nie czuje już za bardzo złości, a głównie żal i smutek. Patrzę na całokształt mojego dzieciństwa, na to jak zdeptano i zniszczono moją samoocenę i czuje z tego powodu straszny żal. Całe życie wmawiano mi że jestem nic nie warty, do niczego się nie nadaje, nie mam praw, że jestem zwykłą cipą, dawano mi do zrozumienia że tylko zawadzam, jestem kłopotem i ogólnie z mojego istnienia są same problemy, a żadnych korzyści. Wmówiono mi, że moje istnienie nie wnosi niczego dobrego czy cennego dla tego świata.
Dlatego gdyby moi rodzice umarli - poczułbym chyba tylko ulgę.