furyah, Karina
Ta pani ładnie mówi o miłości. To, co dotyczy jej doświadczenia z uzdrawianiem, jest inspirujące. Ale teorię na temat schodzenia dusz na Ziemię, na temat ich rzekomo świadomych wyborów, ma do bani! W astralu (gdzie przebywa dusza), nie sposób jest podejmować decyzji świadomych! Tam podejmuje się decyzje emocjonalne!
Uzgodnienia miedzy dzieckiem a rodzicami są faktem i dokonują się na poziomie astralnym, poprzez telepatię, głównie z inicjatywy inkarnującej duszy. Czasami jednak wbrew jej woli (np. kiedy ostentacyjnie ma to w d...).
No i ta pani wpisuje się w ten new-ageowy nurt, który każe widzieć we wszystkim celowość, np. "rodzimy się po to...."
Nie rodzimy się po coś (w żadnym celu!), tylko rodzimy się w KONSEKWENCJI wcześniejszych wyborów!
Jednak MAMY SZANSĘ wykorzystać nasze kolejne wcielenie dla naszego dobra i rozwoju! I tu też okazuje się, że z tą szansą jest różnie, bo zależy ona od naszych wcześniejszych wyborów i aspiracji.
Teraz mamy zrozumieć, jakie błędy popełniliśmy i nie popełniać ich więcej. To jest nasze jedyne "zadanie". Jeśli się z niego nie wywiążemy,. po prostu się nie rozwijamy i brniemy w te same błędy. I tak można tysiące wcieleń. Można też dodawać nowe błędy do starego zestawu. Większość istot jednak dryfuje przez kolejne wcielenia i nie doświadcza ekstremów, więc ma nie obciążona karmę. Ale też nie gromadzi zasługi karmicznej.
Badając historię rodu możemy się wiele dowiedzieć o tematach do przerobienia, ale nie aż tyle, jak sugeruje Autorka. Najgorsze są rodowe tajemnice, bo o nich nikt nam nie mówi, ale ci, co je znają, mają w temacie bardzo silną traumę, którą od nich przejmujemy telepatycznie nie mając pojęcia o jej przyczynach (nieślubne dzieci, morderstwa, wydziedziczenia, choroby psychiczne i wiele innych).
Traumę rodową na pewno uzdrawia się poprzez objecie jej miłością. Nie trzeba pokochać przodków, trzeba jednak z miłością spojrzeć na realia, w jakich oni żyli i funkcjonowali, na atmosferę mentalną tamtych lat, a wreszcie na historię. Tu możemy natrafić na zakłamania historyczne ogromnego kalibru, które utrudniają nam uzdrawianie traumy rodowej (np., że dziadek był w SS, a nie w Wehrmachcie, albo że ktoś był w obozie koncentracyjnym, czy bandytą dziś zwanym "niezłomnym", brał udział w rzeziach, pogromach, mafii, że kobieta dokonała aborcji, albo porzuciła dziecko itd.)! Z tym szczególnie trudno sie jest skonfrontować, jeśli oficjalna historia twierdzi, że czegoś takiego nie było! Albo kiedy wmawia, że coś było!
Dla przykładu:
Kiedyś mogłem wypalić klątwy rodowe klientkom dopiero po tym, jak zmarł ich dziadek, na którego zostały one nałożone podczas pacyfikacji banderowskiej wioski. Tak bronił przed nimi rodzinę, że blokował możliwość ich rozpoznania. A one i tak działały.