Chciałbym móc oddać słowami jak cudownie mi jest, jak bardzo rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania, jak wyjątkowo wspaniały związek mam. Tyle lat pisałem o tym, jak mi smutno i źle, jak bardzo sfrustrowany jestem czekaniem, więc dla odmiany chciałbym się od czasu do czasu podzielić czymś fajnym, a nie tak kompletnie znikać, szczególnie że dostałem od forumowiczów nieraz tyle wsparcia i ciepła

Minęły ponad 3 miesiące (woah, to niesamowite jak szybko ten czas przeleciał i jak duuuuuuużo się działo) od kiedy poznałem moją ukochaną i wbrew temu co się mówi, że po takim czasie powinien opadać entuzjazm czy coś tam - jest wręcz przeciwnie. Początek związku mimo swojej cudowności był okresem wciąż i wciąż narastających wywałek, z którymi mimo że sobie na bieżąco całkiem sprawnie radziliśmy - w pewnym momencie zaczęło się to robić nieco męczące i przytłaczające. Szczególnie, że większość problemów tyczyła się tak naprawdę lęków przed odrzuceniem czy inną utratą - oboje czuliśmy że mamy coś niezwykle wyjątkowego i tak bardzo chcieliśmy być z sobą, że z tego powodu uruchamiało się mnóstwo lęków w stylu "a co jeśli w przyszłości nie wyjdzie bo coś tam". No i generalnie omawialiśmy mnóstwo różnych problemów zaczynając od poważnych i realnych (np. dotyczących planów na przyszłość), aż po totalnie naciągane, abstrakcyjne i śmieszne wręcz (najlepszym przykładem i hitem stały się wątpliwości odnośnie tego czy nie rozdzieli nas ewentualna chęć posiadania konia

).
W pewnym momencie ciągłe, wielogodzinne rozmowy dotyczące coraz bardziej wymyślnych i nieistniejących tak naprawdę problemów stały się na tyle męczące, że coś w nas pękło, uświadomiliśmy sobie głupotę takiego podejścia i po prostu skupiliśmy się na tym, jak bardzo się kochamy i jak cudowny związek mamy. Od tamtego momentu jest tak niesamowicie cudownie, przyjemnie, błogo i miłośnie, że nie mam jak oddać tego słowami

Wiem, że broniłem się nieco przed przyjęciem do świadomości burzowych okresów, ale i tak cieszę się, że miałem nastawienie jakie miałem - gdybym się jeszcze wcześniej nastawiał na to, że takie rzeczy będą się dziać, to nie wiem czy by mi to ułatwiło sprawę. A tak to po prostu adaptowałem się do zmieniającej sytuacji i robiłem to co uważałem za słuszne na dany moment. Teraz też nie chce analizować co będzie w przyszłości i nawet nie czuje takiej potrzeby. Cieszę się tym co jest, a jest tak wspaniale, że nie chce przegapić ani skrawka wybiegając niepotrzebnie na przód

W międzyczasie cały czas się dowiadujemy jak wiele wspólnego ze sobą mamy. Mnie to ciągle zaskakuje jak bardzo do siebie pasujemy, ja nawet nie wiedziałem, że to jest możliwe w aż takim stopniu. Ponadto co rusz wychodzą jakieś zabawne szczegóły, które dają wrażenie jakbyśmy od dawna byli sobie "przeznaczeni", może już nawet zdecydowali się na to przy wcielaniu się.
No i w ogóle jak bardzo magicznie jest w porównaniu do tego co sobie wyobrażałem na temat związków. Myślałem, że ok - związek jak związek - po prostu będzie ktoś w moim życiu, z kim będę spędzał ileś tam czasu, kto będzie dla mnie w jakimś tam stopniu ważny, z kim będę się wymieniał miłością i innymi fajnymi rzeczami, itd. Po prostu taka zwyczajna przyjacielska relacja, tylko głębsza i bardziej rozbudowana, bardziej intymna. A tu się okazało, że to jest zupełnie inna bajka, to jest coś co zaczęło stanowić jeden z głównych fundamentów mojego życia i całkowicie wywróciło je do góry nogami. Wszystko mi się zmienia, dosłownie wszystko i to jest cudowne, bo to są zmiany tylko na lepsze.
Mam wrażenie, że nawet mój rozwój wszedł na zupełnie nowy poziom, szczególnie że tak bliski związek z kimś tak bardzo harmonijnym nie dość, że z ogromną siłą wyciąga ze mnie to co najlepsze, to jeszcze sprawia że wszelkie brudy zaczynają być tak bardzo oczywiste, więc ciężko dalej udawać przed sobą, że ich nie ma, co jest cudowne. Jeszcze nigdy nie miałem możliwości widzieć tak wyraźnie w sobie i na zewnątrz, co jest zgodne z miłością, a co nie. Wiele rzeczy stało się niezwykle oczywistymi sprawami, gdzie wszystko jest widoczne jak na dłoni.
No i ogólnie jestem szczęśliwy, bo dostaje nie tylko wszystko to, czego chciałem od związku, ale także dużo, dużo więcej. Zupełnie niczego mi nie brakuje, nawet na siłę nie potrafię wymyślić niczego takiego (no po za wspólnym mieszkaniem, ale pracujemy nad tym i to tylko kwestia czasu). Nie tylko zaspokajane sobie wszystkie moje podstawowe potrzeby związkowe, ale także te dodatkowe bajery, o których myślałem że fajnie by było je mieć, ale nie są konieczne. No i do tego dochodzą jeszcze cudowne niespodzianki, kwestie o których sam nawet wcześniej nie pomyślałem, a które jednak dobrze mieć.
Naprawdę czuję się jakby spotkało mnie coś niemożliwego
