Ja zawsze w momentach konfliktowych pierwsza wyciągałam rękę: po pierwsze, bo lepiej sobie radzę z analizą i wyciąganiem wniosków a także z obserwacją, co konkretnie wymaga pracy i z czyjej strony, po drugie, bo jestem emocjonalna i męczy mnie "silent treatment" lub po prostu milczenie, bo "nie wiadomo, co powiedzieć".
Zawsze więc pierwsza otwierałam dziób i kończyłam jak ten kruk w bajce, co mu ser wypadł i spadł lisowi-cwaniakowi - na pewno moja duma i godność na tym nie zyskiwały. I kto powiedział, że zostanie docenione podanie rozwiązania na tacy? No, nikt, a na dodatek ja uważałam, że jestem bohaterką i obnosiłam tę własną głupotę jak strojne piórka.