Lilliole,
mialem kiedys bardzo podobnie, jak ktos mnie zaczynal "naprawde" lubic i okazywal mi to, roslo we mnie napiecie az w koncu sytuacja zaczynala mnie "przerastac", wiec aby rozladowac to napiecie mniej lub bardziej swiadomie stwarzalem sytuacje, w ktorych "wychodzilem na kompletnego idiote", tudziez rozczarowywalem te osobe, itp. - mialo to sluzyc pokazaniu "patrz jaki jestem naprawde".
Teraz generalnie oswoilem sie z ludzmi i zaakceptowalem, ze moga mnie lubic nawet jak poznaja moje "gorsze" strony (wiec nie musze sie "bac na zapas"), oraz ze bycie lubianym przez kogos nie oznacza "ciezaru" - takie podejscie wynika z przewrazliwienia na swoim punkcie, wydaje nam sie ze jak ktos nas lubi to od razu niejako poklada w nas nadzieje itp. To moze byc rowniez sposob podswiadomosci na dowartosciowanie sie.