Znowu po okresie spokoju, pojawia mi się wkurwienie. Dzisiaj byłem w galerii handlowej, to byłem wśród ludzi tak nieprzytomny, że prawie nie rejestrowałem żadnych szczegółów. Teraz zaś w domu wychodzi jakiś wkurw, że sobie nie radzę, że odlatuję (znowu), że synek mnie olewa i nie słucha, że jestem nieudacznikiem.
Analizuję to, wsłuchuję się w siebie, stosuję EFT, robię węzły u terapeuty, sam sobie też waham, ale ileż można. W zasadzie to moje życie to jedna wielka wywalanka, rzadko mam tzw. dobry stan, w większości jest wywałka. Więc trudno, żebym na każdą moją emocję stosował wahadła, bo chyba bym odleciał całkowicie.
Pewnie do jutra mi przejdzie, ale widzę, że ciężko mi nawiązać kontakt z ludźmi. To coś tak, jakbbym stał przed człowiekiem, on był w świecie fizycznym, a ja w jakimś duchowym - no i jak tu nawiązać kontakt? Nawet staram się z wszelkich sił stanąć twardo na nogach i poczuć "ziemskie" tematy, ale nawet na siłę mi to nie idzie.