Miałem wczoraj dobrą sesję regresingu (dzięki Tulia!) i dzisiaj też niezgorszą, ale teraz czuje się jakby mi się osobowość rozpadała na kawałki.
Sięgnąłem w końcu dużo głębiej po bardzo przykre emocje z dzieciństwa, które dość konkretnie zaniżały mi poczucie własnej wartości, a z powodu tej niskiej samooceny nie chciało za bardzo zejść moje napompowane duchowe ego, każące mi siebie widzieć jako niezwykle rozgarniętego duchowo i takiego mądrego, dużo mądrzejszego od innych duchowiaka. Teraz mogę się do tego otwarcie przyznać i nawet nie czuje się z tego powodu w żaden sposób źle, co mnie cieszy. Byłem mocno skrzywdzony psychicznie jako dziecko i mocno zakompleksiony, więc to normalne że jakoś musiałem sobie z tym poradzić, a karma sprzyjała takim, a nie innym opcjom na to. Cieszy mnie to że dojrzałem do tego, aby pójść dalej

No i jak zeszła mi jeszcze niechęć do widzenia swoich problemów i przykrych emocji, takie rodzinne udawanie że się przecież nic złego nie dzieje, to od razu czuje że odzyskałem całkiem spory kawałek kontaktu z samym sobą i czuję się tak jakbym ugruntował się bardziej w sobie, czy też raczej bardziej wszedł w swoją skórę, niż jakąś tam sztuczną powłokę.
Zaczęła też wychodzić ta stłumiona, mroczna część mnie o której wcześniej pisałem - wyszło na wierzch to co we mnie było żałosne, wulgarne, zakompleksione czy dyszące nienawiścią. No, a potem się zdziwiłem nieco, bo to wszystko oparte na typowo niebieskich wzorcach, przeplatające się co po chwilę z białym syfem typu misjonarstwo czy rozwój po białemu - no prawie tak jakbym przez te 3 lata nic nie odreagował. No i doszedłem w końcu po prostu do bardzo silnego konfliktu osobowości - zarówno biała jak i niebieska część mnie prawie że wydzieliły się we mnie i zaczęły się wzajemnie zwalczać, nienawidzić i gardzić sobą nawzajem. Wiadomo jak się biały z niebieskim potrafią gryźć, a u mnie to wszystko się działa w ramach mojej psychiki - totalny konflikt osobowości. A najlepsze oczywiście jest to, że w tym wszystkim gdzieś sobie siedziało cichutko trzecie ja, które miało dosyć obu pozostałych, ale było zbyt przytłoczone ich siłą. No i jeszcze jest czwarte ja, to prawdziwe. Dodając do tego medytacje wymiany i łykanie całego popieprzenia tego świata już kompletnie nie wiedziałem co jest moje, a co nie, kim lub czym ja jestem, a czym nie jestem. Wielki mętlik.
Nie odreagowałem tego do końca, więc czuje się z lekka rozbity, ale widzę tyle, że te wyparte emocje z dzieciństwa blokowały mi puszczenie do końca tych sztucznych osobowości, którymi musiałem sobie przykrywać skrzywdzone dziecko. Nie moglem się utożsamiać z tym dzieckiem, bo było to zbyt trudne i bolesne, więc wspaniale mi służyły te sztuczne osobowości, a że było ich więcej niż jedna to się przynajmniej robiło zamieszanie i jeszcze bardzie przesłaniało bolesną prawdę, więc sądziłem że tym lepiej.
Mimo rozbicia czuje się bardzo dobrze, bo czuje że odzyskuje siebie
