Praca, którą teraz miałem pomogła mojej pś zrozumieć bezsens oświecenia innych ludzi na siłę i wszelkich prób wbijania im mądrości duchowych do łba. Kiedy byłem przekonany, że praktycznie każda osoba jest w stanie ogarnąć przynajmniej podstawy rozwoju duchowego, więc pś byłą zainteresowana tłumaczeniem tego wszystkim jak leci, niezależnie do ich intencji i gotowości, licząc na to, że przy moich wyćwiczonych przez całe wcielenia zdolnościach tłumaczenia, plony będą bogate. Bardzo długo moją misją było szerzenie słowa, docieranie do jak największych grup ludzi i wbijanie im do głów o co chodzi w ich życiu i co mogą zrobić, aby było lepsze.
Ponad dwa miesiące pracy i kontakt z ogromnymi ilościami kandydatów na studia nauczył mnie jednej, cennej rzeczy.
Ludzie są głupi, tępi i ograniczeni. Debilizm jest popularnym sposobem życia, a granice głupoty są szersze niż wszechświata. Wielowymiarowość, nieograniczoność i kreatywność tępoty jest fascynująco ogromna. Oczywiście nie mówię o wszystkich ludziach, ale mimo wszystko dosyć dużej części. A przerażające jest to, że mówię w tym przypadku o kandydatach na drugą, ekonomiczną uczelnię w kraju, więc niejako tzw. elitę intelektualną wśród młodych ludzi...
Mógłbym całą książkę napisać o tych wszystkich magicznych przypadkach głupoty, a anegdotek to mi starczy do końca życia. No, ale nie będę tu się o tym rozpisywał, bo nie o to chodzi w temacie, choć mnie korci.
W każdym razie mogąc obserwować jak to całe masy ludzi nie potrafią zrozumieć prostych instrukcji, czytać ze zrozumieniem czy nawet załatwiać samodzielnie prostych spraw (na studia stacjonarne 90% telefonów było od mamusiek, przy składaniu teczek też ich wiele się przewijało, a jednaj nawet zadzwoniła spytać kiedy będzie zebranie dla rodziców, bo chciałaby by wiedzieć w jakiej syn będzie klasie -_- ) zrozumiałem, że liczenie na to, że takie osoby poradziły by sobie z dużo bardziej subtelnymi zagadnieniami duchowymi byłoby z mojej strony jeszcze większym debilizmem niż te ich wszystkie akcje razem wzięte. Jak ktoś jest tępą dzidą to jest tępą dzidą i tutaj nawet najpiękniejsze, najwspanialsze nauki niczego nie zmienią. Trzeba wiele czasu by prawdziwa głupota zamieniła się w mądrość - myślę tu o prędkości porównywalnej z prędkością przebiegu erozji skał.
No dobra, ale żeby trochę unaocznić Wam o jakiej głupocie mówimy przydałoby się kilka faktów i przykładów:
- ok. 80% ludzi nie potrafiło przynieść kompletnej teczki, w której niczego by nie brakowało i nie trzeba by poprawiać mimo dość jasnych instrukcji.
- średnio co czwarta osoba nie przynosiła jednego z trzech świadectw, uważając że nie jest potrzebne czy ważne lub najczęściej będąc w wielkim szoku że w ogóle jest wymagane (na liście potrzebnych dokumentów jest normalnie wypisane tak jak wszystko inne, z tym że pomiędzy nim a dwoma pozostałymi świadectwami są wypisane dwie inne pozycje). Jeden koleś nawet wyciągnął swojego iphone'a i wszedł na stronę uczelni żeby mi udowodnić, że tego wcale nie było na liście - kopara mu opadła jak mu zjechałem te dwie pozycje niżej i pokazałem palcem.
- ok 10% było w głębokim szoku, że wymagana jest biała, wiązana teczka i dlaczego nie chcemy przyjąć żółtej z gumką - informacja o takiej, a nie innej teczce była napisana pod listą dokumentów wielkim, czerwonymi literami. Niektórzy pytali czy mogą złożyć teczkę z dokumentami, nie mając teczki.
- Zdjęcie do legitymacji na płycie CD to często był hit. Mimo, że jasno było napisane w jakich wymiarach ma być, że wymagania jak do zdjęcia dowodowego i sposób opisania pliku - zdecydowana większość nie potrafiła zrobić tego całkowicie poprawnie. Jak zdjęcie było za duże czy plik źle opisany to pół biedy - mogliśmy to sami zmienić potem, więc przechodziło. No, ale jak ktoś zamiast wymiarów 236x295 przynosił 55x78 (jak można nie zauważyć, że to jest za małe?) albo zamiast formatu .jpg przyłaził ze zdjęciem w Wordzie czy PDFie to była lekka konsternacja. No, ale tu akurat rozumiem, bo nie każdy zna się na takich rzeczach, ale nie potrafię już ogarnąć jak zamiast zwykłego zdjęcia swojej facjaty na jednolitym tle można dawać zdjęcia z imprezy, z telefonem przy uchu, gitarą, a nawet na desce surfingowej. Były też zdjęcia zrobione staremu zdjęciu wyrwanemu z legitymacji szkolnej (jeszcze było widać pieczątkę szkoły) czy też walającemu się na tapczanie (zielonym).
- Mnóstwo ludzi deklarowało jedno w dokumentach, a co innego w systemie.
- Było mnóstwo telefonów na poziomie tego:
- Dzień dobry, skąd mam wiedzieć x i y?
- A dostała pani list od nas z informacją o przyjęciu?
- Tak
- Tam jest wszystko napisane.
- To ja mam to wszystko czytać? (autentyk - chodzi o jedną stronę tekstu)
- Od czasu do czasu przychodzili tacy, co nie mieli pojęcia na jaki kierunek składają dokumenty, będąc święcie przekonani że specjalność na danym kierunku jest samym kierunkiem (mimo że na stronie też jest bardzo oczywisty podział).
- Co niektórzy uważali, że tekst "ksero potwierdzone przez szkołę" oznacza jakiekolwiek ksero. Niektórym musiałem nawet przez chwilę tłumaczyć różnicę między jednym, a drugim. "no przecież pisze że ksero i ja mam ksero!"
- Całe mnóstwo osób dawało swoje niekompletne teczki znajomym, rodzinie i ich wysyłało do nas, a sami wyjeżdżali na wakacje czy za granicę. Rozmawiałem przez telefon z dziewczyną będącą nad morzem, której znajomy przyniósł teczkę w ostatni dzień składania dokumentów bez świadectwa, które było aktualnie na drugim krańcu kraju - dziewczyna była przekonana, że to jest mój problem, ale musiałem ją naprostować.
- Jedną z najbezczelniejszych osób jaką zapamiętałem to była babka po trzydziestce, która przyszła w ostatni dzień rekrutacji na zaoczne, 10 minut przed tym jak mieliśmy zamykać. Usiadła, wyłożyła teczkę i wyciągnęła z niej 5 kartek z podaniami i deklaracjami, które były całkowicie puste, a które zaczęła dopiero wypełniać. Spytałem ją, gdzie ma świadectwa to z zadowoleniem stwierdziła, że nie ma, ale doniesie jak będzie miała. Zapytałem o zdjęcia, to powiedział że spoko, bo za godzinę skoczy do fotografa. Kiedy zbierałem szczękę z podłogi to jeszcze zapytała czy może wziąć na salę pieska, bo tak jej będzie szybciej się wypełniać. Oczywiście na pieska się nie zgodziłem i ją też pogoniłem, żeby przyszła następnego dnia jak będzie miała co składać.
- Drugim najbezczelniejszym gościem był koleś, który nie chciał zrozumieć, że bez płytki CD ze zdjęciami nie przyjmę mu dokumentów.
- "Ej, no weź ją przyjmij, bo mi nie pasuje, żebyś nie przyjął (sic!)
- "Przykro mi, ale procedury, bla bla...
- To podaj mi maila, wyślę ci to zdjęcie tylko przyjmij mi tą teczkę"
Koleś chyba nie ogarniał na czym polega formalne załatwianie pewnych spraw.
- Akcje, gdzie mamusia składa dokumenty, a synek/córcia stoi tylko obok i się przygląda zdarzały się zbyt często.
Mógłbym tak całymi godzinami pisać, bo to tylko czubek góry lodowej, serio.