Dzisiaj, po 2,5 miesiąca pracy był jej ostatni dzień, więc wypadałoby trzasnąć jakieś podsumowanie.

Generalnie było dużo fajniej, pozytywniej i ciekawiej niż się spodziewałem, gdy zaczynałem. Szczególnie mocno na plus zaskoczyli mnie ludzie - byłem już w wielu różnych grupach, w kolejnych to szkołach, na samych studiach byłem już w czterech, a mimo to nigdzie nie miałem nawet w połowie tak fajnej ekipy jak w tej pracy. Spotykanie się z tymi ludźmi codziennie i spędzenia z nimi pół dnia było naprawdę super i zdecydowanie należało to do tych doświadczeń, których mi, byłemu, nawiedzonemu ascecie tak bardzo brakowało. Szczególnie, że praca często była na tyle luźna i nieraz dawała nam tyle wspólnego, wolnego czasu, że można było wchodzić ze sobą w interakcje często i gęsto.
Nadrobiłem więc pewne społeczne braki, rozluźniłem się będąc w grupie i ogólnie odnalazłem się wśród innych ludzi, jakoś tak łatwiej mi jest się umiejscowić w grupie, zamiast robić za element tła. Co prawda momentami mnie kuło to, że nie potrafię się przejawiać aż tak swobodnie i przebojowo jak kilka innych osób stamtąd, ale nie mogę od siebie wymagać za dużo

W każdym razie trochę mi teraz smutno, że to już koniec. Co prawda jeszcze się pewnie spotkam z tymi ludźmi, szczególnie że już wstępnie mamy zaplanowane kolejne spotkanie, ale takie wypady od czasu do czasu to już nie będzie to samo. Znowu się zaczną zajęcia na uczelni, gdzie mam dosyć nieliczną i nieszczególnie ciekawą grupę. Liczę na to, że uda się z kolejną pracą równie dobrze trafić, bo myśl o tym, że znowu miałbym zacząć tą samotną wegetację, gdzie przez większość czasu jestem sam ze sobą albo z nikim ciekawym, to mnie lekka deprecha dopada.
Dopiero tutaj mogłem sobie uświadomić jak dobrze jest być wśród innych ludzi i jak bardzo mi tego brakowało. Bycie samemu jest takie puste...