Andżelika, wiem, o czym mówisz:)
"mimo wszystko lepiej czułam w tym trudnym i niespelnionym zwiazku, dlatego, ze wtedy czulam to glebsze spelnienie, ze jestem na swoim miejscu, tzn przy połówku. Wtedy wewnetrzna deprecha znikala, a ja zaczynalam się przejawiać, wychodzić ze skorupy przy nim. Pś dostawała sygnał: jeeeej już teraz mogę życ i sie cieszyc, byc szczesliwa:D Czulam sie podskórnie szczesliwa z samej obecności (....)"
To było właśnie to, co mnie trzymało przy moim byłym partnerze, póki jeszcze byliśmy ze sobą. To poczucie czegoś głębszego, bycia na swoim miejscu i niesamowitego przepływu między sercami, jak tylko się wyluzowaliśmy oboje (a to nie zdarzało się za często - częściej było albo otępienie/odcięcie, albo obustronne jazdy). Urok bycia z wysoko harmonijnym potencjalnie "aniołkiem", przy jednoczesnych wrednych kodowaniach "połówkowych" (nie jesteśmy pierwotnymi połówkami) i dość pokręconej karmie.
Wydaje mi się, ze tu chodziło właśnie o to, ze znów, po "czasie posuchy" odczułam harmonijne wibracje i przepływ miłości na poziomie kiedyś odczuwanym, jeszcze "aniołkowym" - i stąd trzymałam się byłego partnera przez jakiś czas wbrew rozsądkowi, wbrew jego zachowaniu, wbrew wszystkiemu (nawet jak już nie byliśmy oficjalnie ze sobą). Az wpędziłam się w ostrą nerwicę i wtedy w końcu powiedziałam "basta!".
W tej chwili jest coraz fajniej, przyjaźniej, spokojniej, każde układa sobie życie, ale nadal ze sobą współpracujemy, i dzięki tej współpracy (choć bywały zgrzyty) - sporo przepracowujemy z tego, co bruździło wcześniej. Tzn. na pewno jest tak po mojej stronie, nie będę się wypowiadać za byłego partnera

W ten sposób, na spokojnie, w końcu przejawia się część harmonii. Nie wiem, jakby to było, jakbyśmy się teraz spotkali na żywo (tzn. jakie byłyby reakcje, np.: czy nadal byłoby napięcie i nadmierna kontrola, czy nie;), bo od półtorej roku się nie widzieliśmy, współpracujemy wirtualnie

"Tylko, że zaraz po tym stawałam przed ścianą bo sie okazywało, że gdy z entuzjazmem chciałam cos robic, otwieralam się, to nie bylo to zupelnie zgodne z tym co chce partner. Z czasem zaczelam uważac, ze to on jest dla mnie przeszkoda, ze mnie ogranicza i dazyc do rozstania. Uwazalam, ze jak sie rozstaniemy to bede kwitla bez tej sciany, jaka stawia przede mna. Ale zaraz potem okazywało się, że już mi na niczym innym nie zalezy. I takie kólko zamknięte."
Tez na tym się łapałam, na tym blokowaniu.
Zauważyłam jednak po upływie czasu, ze jednak rzeczywiście jest lepiej w wielu aspektach, po tym, jak się rozstaliśmy. Bardziej potrafimy rozmawiać. Mi wzrosła samoocena (popracowałam nad nią;). Zaczynam znów bardziej doceniać siebie i swoje zainteresowania, to że są ciekawe, a ja jestem inteligentna, interesująca i fajna. (to niestety było bardzo blokowane przez byłego, a i ja sama przy nim bardzo się ograniczałam, byleby go czymś nie urazić i nie zamknął się w sobie;). Co oczywiście i tak się nie udawało, bo jak pś obu osób obawia się jazd i na tym lęku się skupia, to te jazdy i tak będą

Znacznie też wyluzowałam po rozstaniu. Oczywiście, nieraz się łapałam na chęci np.: przytulenia się do niego i poczucia znów tego fajnego przepływu... ale już wiem, ze nie takim kosztem, jak wtedy. Tym bardziej, ze poznałam już dwie inne osoby, wyżej harmonijne, przy których podobny przepływ też bywa. To udowodniło mojej podświadomości, ze nie ma co się ograniczać na jednego "byłego", bo wbrew jej obawom, istnieje więcej takich osób, które są nie tylko potencjalnie wysokoharmonijne, ale i w realnym życiu tu i teraz potrafią bardziej tę harmonię przejawiać, nie bronią się przed nią i nie mają zaślepionych jazd na moim punkcie

(jak i ja nie mam takich jazd na ich punkcie, jak było z byłym).