Jestem świeżo po sesji. Miała być w temacie kasy, ale zeszło na temat połówka. Bo ps stwierdziła, że moje zycie nie ma sensu i już nie będzie miało. Więc wszystko jest nieważne. Nie dało się ominąć.
Wyszedł mi totalny smutek, duuuuuzo tłumionego przez wcielenia smutku i żalu. Że pomimo, że ciągle próbujemy z połówkiem to i tak nam nie wychodzi i nie możemy się porozumieć, być razem...tak co jakiś czas próbowaliśmy, zawsze konczyło sie porażką, po której ja albo wyrzekałam się związków i zajmowałam czym innym z głębokim poczuciem bezsensu i braku miłości, radości, albo próbowałam tworzyć związki z kimś innym. Oczywiście nie do końca harmonijne, nie spełnione.
A poczucie beznadziei mojego istnienia sie poglebialo.
Jak juz to puściło, to pojawiły sie stlumione zale do Boga, że połówek nie kuma, odrzuca, jest tępy i zaślepiony, rozpacz i niemoc. Przekonanie, że Bóg nie ma dla mnie nikogo innego. A ja jestem zablokowana na spelnienie i skazana na takie zycie w smutku, bezsensie.
Potem zaczelo sie przejaśniać i poczułam, że jesli Bóg ma dla mnie tak wielkie szczęście jak spełnienie w związku to jest to nie dla mnie, bo ...i tu było sporo "dlaczego nie": bo to nie mozliwe, bo Bóg jest zły, to nie dla mnie, przywiązanie do tego smutku i niskich wibracji, przymus by w tym dalej tkwic i sie utwierdzac, ze tylko to dla mnie jest na ziemi. Na koniec przekonanie, że Bóg nie istnieje, a na koniec, że ja nie zasluguje na miłość....bo muszę walczyć. A walka powoduje we mnie poczucie niezaslugiwania i nigodności.
Dalej okazło się, że moja pś wierzy w to, że materia to walka, by przezyć, zaspokoic potrzeby, nie zostać zabitym, skrzywdzonym, cały czas trzeba walczyc, byc wojownikiem i to nie byle jakim. Na tym polega wartosc czlowieka w materii. Tu nie ma miejsca na milosc i harmonię. A milosc tylko odciąga od walki, czyli od przetrwania.
NO i tak walcze ciagle do dzis np z obowiazkami, z zyciem na codzien, bo walka to wartosc, skuteczność, pewnosc siebie, zaradnosc i wiele takich cech. I ciagle czuje sie nie godna.
W mysl moich przekonan, do zwiazku albo przyciagalam sobie wojownikow( bo ktos musi byc zaradny w materii) albo gdy nie bylam w zwiazku sama sie takim stawalam, co powodowało wywałki, że nie mogę być kobieca, subtelna, piękna.
Wściekałam się oczywiscie na tych partnerów wojownikow za to, że nimi są, że wolą walkę od miłości. Że nie chcą tej walki uzdrowić, a ja przeciez sama w sobie nie chciałam;) Zwalałam winę. Najbardziej na połówka byłam zła za to, bo najbardziej mnie przypominał. Obwiniałam go, że to dlatego wszystko nie wychodzi, bo on nie chce puścić tej walki;) I czułam, że moje szczęście jest od niego uzależnione:P
Totalne pomieszanie.
To takie świat był jak w "Grze o tron". Już wiem czemu ten serial mnie tak kręci:)