Cześć Satja

To co piszesz jest mi bliskie w tym sensie, że też widzę to podobnie i zauważam u siebie.
Myślę, że po pierwsze, takie odczucie, że ocena się nie podoba jest ok, bo to jest normalne dostrzeganie swoich preferencji. Taki mechanizm, jaki opisujesz, mi się nie podoba, bo nie jest zgodne z tym, co mam w środku, ze mną prawdziwą. Nie czuję się dobrze, gdy tak robię, czy gdy się stykam z czymś takim. I ja to dostrzegam i unikam tego, kiedy mogę. A mogę wtedy, gdy jestem tego świadoma. Nie zawsze jednak jestem, bo czasem robię coś nieświadomie, z przyzwyczajenia (np. oceniam). Nic dziwnego, nawyki zmienia się dość długo

Druga sprawa, to gdy coś takiego (taki mechanizm) denerwuje. Denerwuje, bo jak piszesz „chyba biorę takie przejawianie się, jakby ktoś wchodził w kompetencje Boga”. Myślę, że to właśnie chodzi o to. A dlaczego to może denerwować? Bo sama chciałabym się widzieć w roli Boga, albo nawet widzę (tylko że to może być nieświadome), więc zgrzyta mi to, że ktoś mi zabiera rolę

Czyli chęć kontroli: zmiany kogoś, tego świata (z lęku, z braku bezpieczeństwa). Może chęć uratowania innych przed uzurpatorem?
To wszystko wynika ze stawiania się w pozycji „ponad”. Bo gdybym uznała, że jestem równa innym, to np. nie musiałabym nikogo ratować, bo ufałabym w jego moc, albo inaczej – w moc Boga w nim. Ufałabym, że to, co się przytrafia jest właściwe, ale ja na razie nie potrafię tego dostrzec.
Czyli po pierwsze, ten ktoś stanowi dla mnie lusterko i dlatego tak mnie to denerwuje (bo czuję, że te negatywne rzeczy dotyczą mnie, a to mi się nie podoba). Po drugie, wchodząc w moją rolę (w rolę Boga

, sprawia, że tracę grunt pod nogami (bezpieczeństwo), dlatego walczę, bo czuję zagrożenie.
Podsumowując dwoma słowami – biały astral

Jest jeszcze inna, bardziej prozaiczna kwestia. Inna, ale nie stojąca w sprzeczności z tym, co napisałam wyżej, wręcz przeciwnie, one się ze sobą łączą. Chodzi o to, że w sytuacji, gdy ktoś stawia się wyżej od nas, możemy automatycznie stawiać się w pozycji dziecka (jeśli to nie jest uzdrowione), a wiadomo, że dziecko jest zależne. Czyli czujemy się zależni od kogoś, kto nam się nie podoba. Pojawia się lęk. Zagrożone jest nasze bezpieczeństwo. Dlatego bronimy się jak możemy.
Tego nie ma w sytuacji, gdy ktoś stawia się wyżej, ale oceniamy, że ma dobre intencje, czyli "daje mi wskazówki". Wtedy też stawiamy się w pozycji dziecka, ale tę drugą stronę oceniamy zupełnie inaczej - jako opiekuńczego rodzica.
A zatem myślę, że kluczem jest poczucie bezpieczeństwa.
Felicite,
Twoje wyjaśnienia odbieram jako wypowiedź `napisałam, co napisałam, ale miałam na myśli co innego`.
Nie chce mi się już wskazywać co, gdzie i jak, moja energia i uwaga wycofują się powoli z tej dyskusji.
W każdym razie chodzi mi o to, że Twoją negację mojego posta odebrałam, że chcesz coś sobie budować (wizerunek) moim kosztem. Dla mnie to jakieś karmiczne zgrzyty.
Ok, rozumiem. Mnie też już ta dyskusja zaczynała ciążyć, bo czułam się nierozumiana.
W karmie, jeśli szukać częstotliwości, to "jestem lepszy" i lęki z tym związane, to głównie magiczny wzorzec, albo jako pozostałość po magii w samoocenie, a nie białoastralny.
Białoastralne by było jako częstotliwość "jestem lepszy od Boga (więc mam rację, idźcie za mną)".
A tutaj była mowa o wątku arystokratycznym w tym przekonaniu "jestem lepszy", więc chodzi o osoby, dla których przekonanie "jestem lepszy" jest dominujące z tej karmy, dotyczy struktur społecznych, czasem związanych tylko z hierarchią, czasem z władzą, albo jeszcze coś innego. One mogą mieć jeszcze inaczej to w podświadomości i jest to dla nich główne do uzdrowienia w temacie.
Sylvia,
„jestem lepszy” jest naturalną konsekwencją „jestem lepszy od Boga”, bo skoro nawet od Boga, to i od innych ludzi (stąd dążenie do tego, żeby inni robili, myśleli tak jak JA tego oczekuję, bo JA wiem lepiej, czyli chęć kontroli. Przeciwieństwo to przyznanie, że nie jestem Bogiem, nie wiem wszystkiego, jestem na równi z innymi (bo jestem człowiekiem, tak jak każdy), więc nie muszę brać za nikogo odpowiedzialności, ani na siłę mu pomagać, bo każdy może zrobić dla siebie to, co ja chcę zrobić dla niego. Za tym idzie zwolnienie się z odpowiedzialności za innych, z obowiązku „pomocy” innym, a właściwie z pouczania ich, zwrócenie ludziom wolności. Uznanie, że Bóg w innych wie lepiej ode mnie, co jest dla nich właściwie).
Oczywiście to przekonanie(„jestem lepszy”) może też być konsekwencją czegoś innego, ale ja akurat pisałam o białym astralu, którego tak wiele „na każdym kroku”.
Co do reszty to nie chce mi się wchodzić w dyskusję. I nawet nie czuję takiej potrzeby. Widzę, że mamy inne podejście do kwestii uzdrawiania obciążeń, więc jeśli nie ma woli zrozumienia z jakiejś strony, to nie ma sensu tłumaczyć.