mojej rodziny nic już nie uratuje. uciekłam tak daleko, ale oni dalej męczą mnie z daleka, żaląc się i usiłując wciągnąć w te sytuacje, szukając wsparcia i nie wiem jeszcze czego. a ja czuję się winna, że nie tkwię już w tym szale co oni i zmuszona poczuciem winy, ze udało mi się wyrwać do wysłuchiwania tego i udzielania rad lub nie wiem czego. nie chce mi się żyć, bo wiem, że to się nigdy nie skończy. do mojej siostry nic nie dociera, zamęcza mnie gdy ma problem, samej jej jest lepiej a a potem przezywam. mogę afirmować latami, modlić się jak to robię a nic się nigdy nie zmieni dopóki wszyscy nie pomrzemy.
nie wiem czy od tego moje kolana nie chcą się regenerować czy od czego. właśnie dostałam znowu szału i zwyzywałam siostrę za jej żale przez telefon.