zaplanowałam dziś odwiedzić siostrę, która przyjechała odwiedzić kolegę w Gdansku.
i wsiadłam w zly pociag, w przeciwną stronę. Na tym samym peronie, po przeciwnych stronach ustawili 2 przyjazdy, jeden z Gdańska, drugi do Gdanska i oba o tej samej godzinie odjazdu z identycznymi minutami.
W pociagu uświadomił mnie konduktor podczas sprawdzania biletu. Myślałam, że pozabijam wszystkich wokoło a najpierw siebie. Wyklinałam na korytarzu na cały pociąg. Tak się cieszyłąm na wyjazd i na łądną pogodę, siostra tez. Powrót do Olsztyna zajął mi 6 godzin. czyli 2 maja zmarnowany. Zaprasza mnie na jutro ale czuję się tak zdołowana tym, że wszystkiego mi się odechciało.
Wczoraj miałam 5 godzinne węzły w temacie min uzdrawiania zastraszania, sponiewierania itd. Dziś szukam wytłumaczenia na moją pomyłkę i znajduję jedno: przekorną podswiadomosc, którą mamy obie z siostrą, bo za bardzo się cieszyłysmy obie i wyobrazalysmy ze będzie fajnie (moze tez i mamy inne wyobrazenia). Dodatkowo wściekanie się na niekumatość i głupotę (swoją, PKP, kolegi siosty który wydał mi się mało energiczny w szukaniu połączen-tu bardziej złosc na powolonosc lub wyimaginowaną niekumatość). Czuję się nadal sponiewierana przez przejazdy pociągami i jakby mój umysł był tak zryty, ze juz nic go nie uratuje. Oraz sama złosć na siebie, ze się az tak wkurzam, bo przecież gorsze są tragedię.
Mam doła, że nawet po węzłąch nie mam chwili spokoju, że tyle wydaję na uzdrawianie a nadal jestem w czarnej d.