właśnie przeczytałam pewien artykuł tutaj fragment: "Musimy stale powtarzać, jak potwornym doświadczeniem była okupacja niemiecka. Wychodziło się na ulicę, żegnało się z matką, która mówiła: „Uważaj!”. Jechało się tramwajem w wielkim strachu. Nagle ktoś krzyczał: „Łapanka! Łapanka!”. Tramwaj zatrzymuje się, a Niemcy już biegną i już strzelają. Od razu strzelają! Podam kilka zdarzeń. 16 grudnia 1939 r. jadę tramwajem z Żoliborza do miasta. Tramwaj staje na przystanku nad Dworcem Gdańskim. Pod górę idzie oficer niemiecki, piękny mężczyzna, elegancki. Z drugiej strony idzie polski pijaczek i tak zawadiacko do Niemca zagaduje: „Heil Hitler! Heil Hitler!”. Niemiec wyciąga pistolet i na miejscu tego pijaczka zabija.
Bestie.
19 września 1940 r. Wehrmacht o piątej rano otacza Żoliborz. Wchodzą z karabinami maszynowymi do każdego mieszkania. Kto nie pracuje dla Niemców, kto nie ma papieru, do Oświęcimia. Tak to wyglądało. Prywatek nie było, bo to oznaczało ryzyko, że zainteresuje się gestapo. Radia nie było, do kina się nie chodziło"
i takie mi emocje wywaliły, że hej. Moja rodzina mieszkałą od 1939 roku na Żoliborzu i ja urodziłam się w tymże samym mieszkaniu.