To nieco dłuższa historia, więc napiszę w skrócie, że kilka dni temu pomogłam koleżance z pracy - ona była wdzięczna za to co dla niej zrobiłam, jednak nie trwało to długo. Już na drugi dzień odwróciła całą sytuację przeciwko mnie, niedowierzając, że mogłam tak po prostu bezinteresownie jej pomóc i miała jeszcze do mnie pretensje, choć realnie nic złego jej nie zrobiłam. W efekcie pozostałe osoby z pracy, które też są w to zamieszane również mają do mnie pretensje, że się w to wszystko wplątałam.
Nie jest to niewiadomo jak poważna sytuacja, nie przejmuję się już tak jak kiedyś, poza tym moje stosunki z dziewczynami z pracy też się mocno zmieniły, ale po całej tej akcji czułam się niefajnie i potrzebowałam wsparcia, bo przecież ja jestem taka dobra, a tu mnie tak traktuje osoba której z otwartym sercem szczerze pomogłam (no skandal, niech mnie ktoś przytuli:P). No i dzień później w zupełnie innej sytuacji poszła na mnie frustracja za to, że mam zbyt miękkie serce i że stawiam czyjeś dobro wyżej niż swoje i że jak mogłam pomagać dziewczynie, która tak źle mnie traktowała jeszcze kilka miesięcy temu.
I tutaj pojawił się silny bunt mojej pś i zdziwienie, zastanawiam się co w tym złego, co ja robię źle. Co złego jest w wybaczaniu, pomaganiu innym tak zupełnie bezinteresownie, z troski o nich jeśli czuję, że tę pomoc chcą akurat przyjąć i że jej potrzebują? A co do tego czy to wszystko było moim kosztem – ja czułam się w porządku kiedy wsparłam koleżankę, potem też czułam się dobrze i nie poniosłam żadnych negatywnych konsekwencji dopóki ona nie postanowiła wykorzystać tego przeciwko mnie. Ale w momencie realizowania tej pomocy nie czułam żebym robiła coś kosztem siebie. Wydaje mi się, że problem więc leży w tym, że niepotrzebnie przejmuję się zdaniem innych, że nie potrafiłam pogodzić się z wyborem jaki podjęła owa koleżanka. Co z tego, że w przeszłości była dla mnie złośliwa, skoro liczło się tu i teraz, nasze stosuki poprawiały się i przez ostatni czas zaczęłysmy się przed sobą otwierać i zbliżać do siebie, dla mnie liczyło się więc to co czułam w momencie kiedy jej pomagałam, nie rozumiałam dlaczego miałabym z tego rezygnować.
Wiem, że mam od cholery jakichś nieuzdrowionych wzorców misjonarskich, wszystkich bym najchętniej ratowała i kochała. Jednak pierwszy raz w życiu słyszłam, żeby ktoś wylewał na mnie wręcz złość z tego powodu i to mi dało do myślenia, że faktycznie to co robię nie jest też tak całkiem zdrowe, tak jak mi się wydawało.
To dla mojej podświadomości szok, no bo jak może kogokolwiek frustrować to, że mam takie dobre serduszko i że chce pomagać innym, przecież to nic złego, dobrze jest pomagać (ha, prawie jak slogan znanej fundacji:P). Staram się nie przeginać i nie robię tego, ale nie widzę jednak za bardzo granicy, szczególnie w takich bardziej jakby to nazwać... subtelniejszych sytuacjach, wydaje mi się że dana osoba godna jest zaufania, pomagam jej a ona wykorzystuje to przeciwko mnie albo nie przyjmuje tej pomocy.
To wszystko kojarzy mi się z tym co przy okazji innego wątku napisał Witek, o wchodzeniu w relacje z otwartm sercem podanym bezbronnie na swoich dłoniach, o tym że muszę się nauczyć otwierać na ludzi z miłością wobec siebie na pierwszym planie.
Czuję, że tutaj jest spore sedno problemu, ale nie dość że do tej pory nie udało mi się z tym poradzić, to jeszcze dodatkowo gubię się już w tym co jest dobre dla mnie i dla innych, co powinnam zachować dla siebie a czym się dzielić, kiedy pozwolić drugiej osobie radzić sobie samej, a kiedy godzić się ze sobą na to, aby jej pomóc.