Wczoraj przeżyłem ponad 24-godzinne katharsis, jedno z najsilniejszych w moim życiu. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale na kilka godzin runął mi cały świat, byłem już niemal pewien że straciłem wszystko, że mój bajkowy świat był tylko fantazją i iluzją, która pękła jak bańka, a ja jestem popieprzony jak worek gwoździ (nie pytajcie o sens tego porównania, takie mi przyszło do głowy

). Przez ponad dobę umierałem, aż w pewnym momencie poczułem się całkowicie martwy, chociaż wciąż czułem ból.
Po długim procesie umierania i nieprzespanej zbyt dobrze nocy(i przerwanej dziwnym smsem, o czym później), przyszedł w końcu czas na refleksje. Zastanowienie się nad tym, co mnie doprowadziło do tego miejsca i tych doświadczeń. I w końcu do mnie dotarła z całą brutalnością, ale też i poczuciem zrzucenia ogromnego ciężaru prawda. Prawda o mnie, jako moim ojcu. Nie tak, jak wcześniej kiedy uświadamiałem sobie poszczególne schematy czy zachowania. Poczułem mojego ojca, jako całość w mojej osobowości. Główny fundament mojego sztucznego ja. Ja nie przejawiałem jakiś tam zachowań mojego ojca, nie byłem do niego jedynie podobny. Ja na swój sposób stałem się jego wierną repliką. Oparłem na tym ogromną część swojego sposobu bycia, zachowania, myślenia, mówienia, traktowania innych ludzi, bycia w bliskim związku.
Mi się nie zdarzało zachować jak mój ojciec w różnych okolicznościach. Ja nim byłem na co dzień, każdego dnia. I niszczyłem w ten sposób, to co dla mnie najważniejsze, w ogóle tego do siebie nie dopuszczając, nie widząc co się dzieje. Dopiero pewne skrajnie trudne dla mnie doświadczenie doprowadziło mnie do stanu, w którym przez jakiś byłem przekonany, że będąc moim ojcem zniszczyłem wszystko co ważne i to dlatego, że bardzo długi czas nie chciałem widzieć jaki jestem naprawdę. I to wtedy umarło we mnie. Jakiekolwiek były we mnie intencje, aby podtrzymywać tą znaczną i dominującą część mojej osobowości - umarło, spłonęło niemal natychmiast. I z tego popiołu wyszła miłość. Czysta, słodka, prawdziwa miłość. Właśnie to, kim/czym jestem naprawdę.
I wtedy się okazało, że nie tylko nic nie straciłem, ale wręcz wszystko zyskało milion razy na jakości. Narodziłem się na nowo i dostałem nowe życie, niby to samo co wcześniej, a jednak zupełnie inne. Nie czuje już w sobie mojego ojca, zniknął gdzieś i raczej już nie wróci, tak samo jak i negatywne emocje jakie do niego czułem. Umarł tyran, egoista, gnój i despota we mnie.
Co ciekawe, w samym środku nocy, na kilka godzin przed końcem całego procesu wybudził mnie dziwny sms, o którym wspominałem wcześniej. Był to bardzo lakoniczny sms od operatora z informacją, że numer XXX już nie jest aktywny (i to wszystko co było napisane) - domyśliłem, że chodzi o usługę, gdzie mam darmowe rozmowy do kilku numerów. Sprawdziłem po kolei wszystkie numery i okazało się, że ten należy do mojego ojca (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że całe katharsis wiąże się z moim ojcem). Zasnąłem i zapomniałem całkowicie o tym smsie, a potem miałem już proces uświadomień. Dopiero kilka godzin później, rozmawiając z Ukochaną, przypomniałem sobie o tym i jej o tym opowiedziałem. Kiedy napomknęła, że może to ma związek z tym wszystkim, co się wydarzyło to poczułem coś tak mega dziwnego, że przez chwilę mnie zamurowało. Wtedy po raz pierwszy poczułem tak całkowicie, że uwolniłem się od mojego ojca, że nie jest on już we mnie "aktywny" - to było na tyle dziwne, że nie wierzę w zbieg okoliczności

W każdym razie czuję się zupełnie innym człowiekiem, inaczej czuję siebie, inaczej odbieram rzeczywistość i inaczej reaguje na pewne rzeczy (np nie ma reakcji emocjonalnej, tam gdzie się wcześniej pojawiała). Jest mi tak dobrze i słodko jak jeszcze nigdy
