Mam taki problem - nie chcę mieszkać sama, ale nie umiem mieszkać z kimś.
Na mieszkanie z chłopakiem - po raz kolejny - wiem, że nie jestem gotowa. Albo matkuję, albo nie umiem określić jasno swojej przestrzeni osobistej i daję sobie wejść na głowę - mimo, iż jestem zmęczona, zniechęcona, sprzątam, gotuję, masuję... W sumie świadomy partner to wyczuje, też mu nie będzie komfortowo z osobą, której nie jest komfortowo samej ze sobą.
Obecnie mieszkam z dziewczyną, nie znałyśmy się wcześniej. Po raz kolejny dzieje się to samo, mieszkałam już z wieloma osobami w pokoju. Ja wiem, że zawsze trzeba iść na kompromis i zawsze trzeba troszkę bardziej ogarniać, nie można zrobić bałaganu, że nie można przejść, bo to jest chamskie i w ogóle. Ale mam taki problem, że ja się moich współlokatorek boję. Wiele z nich manipulowało mną fochami i - czasami - kłótniami. Żebym robiła, co one chcą, żebym robiła. Moja obecna współlokatorka udaje przymilną, a tak naprawdę jak tylko cokolwiek jej nie przypasuje, to od razu strzela fochy i jest złośliwa - ogląda na cały głos jakieś filmy, gdy się uczę, podbiera moje kosmetyki ciągle - no nie będę chodzić, jak w akademiku, z plecakiem pod prysznic, skoro mieszkam w komfortowym mieszkaniu w kamienicy. Ale np. mój Listerine użyłam może z 5 razy, bo mnie po nim zęby bolą, a jest prawie cała butelka zużyta. Ona też nie robi mi uwag, jak jesteśmy same, tylko czeka, aż przychodzą do niej goście. Ostatnio zrobiła mi jazdę, jak wróciłam z Danii, byłam wykończona, rozwalona walizka na podłodze, ja w łóżku i ledwie żyję, a ona wprosiła swoją koleżankę do pokoju i zrobiła awanturę, że zapowiedziała się godzinę wcześniej, że przyjdzie i nic nie jest gotowe.
Z poprzednimi współlokatorkami też podobne historie. Jakaś chora relacja, nie mam problemu z kolegowaniem ani z przyjaźnieniem się z dziewczynami. Jazdy się zaczynają, gdy coś im się nie podoba, lub jak są zawistne - jak kupię sobie kilka nowych ciuchów, albo jak przychodzi do mnie jakiś facet - wczoraj był do późna kolega z Danii na herbacie, ale siedzieliśmy w kuchni i byliśmy cicho. A jak weszłam do pokoju, to już jakieś głupie spojrzenia leciały i specjalnie włączała jedną głupią piosenkę o narkotykach, bo sekundę wcześniej prosiłam ją, by tego nie robiła. Więc puściła ją 3 razy pod rząd, bo och, jakie to śmieszne, a potem jeszcze śpiewała. No i jak rano wstała o 7 rano, też upewniła się, żeby ponucić, na dzień dobry. Taka złośliwość.
Chętnie bym popracowała nad relacją, bo mi zależy na tej chacie, a i ona nie jest z gruntu zła. Ponieważ schemat się powtarza, to na pewno we mnie jest problem. Tylko nie wiem, co źle robię i jak to, kurczę, ugryźć.