kurde jak tu sie pozbierać, bo nie udaje mi się to juz od dłuższego czasu ;p
zaczęło sie od tego, że parę lat temu osiągnąłem coś co w skali w art Leszka o stopniach medytacji (gdzie było ich

określiłbym na 9 stopień. W każdym razie stwierdzenie, że "poza nicościa nie ma zni postrzegani, ani niepostrzegania" zawiera coś co sprawia, że wiem, że autorzy tego stwierdzenia nie siągnęli czegoś co bym nazwał Celem Medytacji.
W CM udało mi sie być około półtora dnia. To jest jakby zlanie świadomego i Nadświadomego umysłu w coś co nie jest ani świadomością ani Nadświadomością. Nadświadomość istnieje (jako Nadświadomosć) tylko z punktu widzenia świadomości. Doświadcza się wtedy min bardzo szybkiego wypalania sie karmy. Trzeba jednak umiec akceptowac skutki tego, czyli pojawiające się mozliwości. W pewnym momencie stało się to dla mnie zbyt wymagające , nie zrobiłem czegoś co czułem, że trzeba zrobić i ten stan sie rozpadł. To było traumatyczne.
Pozostała mi świadomośc tego co się tedy przejawia i świadomośc ścieżki dojścia do tego. Bardzo aktywna. Zaczęły sie problemy z tym jakżyć, bo nie umiałem żyć bez tego (nie robiąc tego co w CM) ani nie umiałem żyć w Tym, bo lęk mnie zżerał. Po paru miesiącach zmagań było ze mną już bardzo niedobrze, zacząłem sie dosłownie chwiać na nogach i z grubsza skapitulowałem. Wróciłem do afirmacji. Ale mimo starań gdy próbowałem akceptowac treśc afki - im bardziej to robiłem tym bardziej odnawiała mi się świadomość CM i tego co w nim. Wtedy te afirmacje traciły sens, były jakby zbyt wolne zbyt odległe od tej Suwerennej Rzeczy. Wracałem więc do CM ale po chwili i tak nie umiałem tego przejawiać, bo wiedziałem jakie trudności przede mną staną i z lęku sie wycofywałem.
To się działo tak w kółko przez kilka lat. Początkowo było jeszcze mimo wszystko fajnie, bo miałem jeszcze sporo wysokich energii, do których dostroiłem się kiedy byłem w CM. Jednak stopniowo zaczęło być coraz gorzej. Zaczęła się pojawiać nerwica. Odreagowywałem ją sobie skutecznie na początku ale wszystko wracało. Wreszcie wypierdzieliło mi nerwicą na maksa. Uruchomiła mi się nieprzytomna wściekłość, a za nią mechanizmy destrukcyjne i autodestrukcyjne. Zachłanność na syfy, klątwy i jeszcze nie wiadomo co. W pewnym momencie otarłem sie o chorobe psychiczną, co juz mnie całkiem pognębiło.
Tych schizów nie umiem odreagowywać skutecznie bo ciągle mi wali albo wzorcami w rodzaju "nie będę sie rodził nie będę zył" , czy "będą się ze mnie śmiać". Tzn cały czas mam rózne presje, napięcia, nawet dziwne zaburzenia psychiczne i kiedy usiłuję to oczyszczać to ciągle kręcę się w zaklętym kręgu pewnych wzorców. Nawet jak coś oczyszczę to i tak za chwilę wyłazi świadomość CM (i to że tego nie przejawwiam) i jest znowu do bani. Wszystko się odnawia.
Czuję potrzebę podzielenia sie tym, wyspowiadania sie z tego.
Na swoje usprawiedliwienie chciałem dodać, że jak przypominam sobie emanacje CM to Gautama najprawdopodobniej nie osiągnął CM. (Zrobił troche rzeczy, których nie powinien zrobić np zjadł ta zatruta zupkę, nazwał sie Przebudzonym, czy przyjmował pokłony od uczniów, którzy nie osiągnęli Cm wystarczająco) Nie chce mi sie tłumaczyć dlaczego nie powinien był tego zrobić, bo to i tak niewiele da. W każdym razie przejawianie tego jest cholernie wymagające i nie znam nikogo z kart historii, kto by pokazywał jakość CM.
Ale tak naprawde nic mnie nie usprawiedliwia, bo gdyby miało usprawiedliwiać to bym nie miał teraz problemów.
Modliłem sie do Boga wiele razy, żeby mi jakoś pomógł. No i dostawałem odpowiedzi. Np ostatnio otrzymałem inspirację, zebym zajął sie oczyszczaniem 2 czakry. Tylko dlaczego ciągle wszystko sie kończy na wzorcach "nie będę się rodził, będą się śmiać" w których się zapętlam. Dlaczego po zakończeniu ćwiczeń uzdrawiających z powrotem zaczyna mi walić róznymi wzorcami, czasem z psychiatryka. Musiałbym praktykowac non stop a to jest zbyt męczące dla mnie.
Próbowałem byc pozytywny cały dzień ale od tego pojawiały mi sie takie napięcia, że wymiekałem (pewnie próbowałem stłamsić PŚ)
no to powiedziałem ;p