Olga
To ja mam podobnie:)
Miałam już kiedyś, zanim się zaczęłam duchowo rozwijać:)
Taka radość, zachwyt z jakiegoś osiągnięcia, to całe emocjonowanie się ma dużo wspólnego z napięciem, a także lękiem, że jest, coś się udało osiągnąć, a zaraz sie straci, przyjdą gorsze czasy, minie ten stan itd. Gdy się czuje, że się zasługuje to jest to normalne i spokojne, jest czymś powszednim, a nie chwilowym spełnieniem marzeń.
Fajnie ze o tym napisałaś, bo ja czując ten spokój zaczęłam się niepokoić, że coś nie tak ze mną, ze od materii i działania się odcinam, że powinnam działać w materii pełną
parą, jak najwięcej osiągać itp.
A ja szłam na łąkę, do parku, gdziekolwiek gdzie sporo natury i czułam się błogo. Właśnie takie rzeczy mnie cieszą:) Teraz utwierdzasz mnie w przekonaniu, że to jest OK.
Jak byłam w zwiazku z połówką, to mi się takie stany pojawiały, w pewnym momencie zaczęłam czuć taką fajną błogość, tak po prostu, że przestawałam się ekscytować
światem, nie ważne było gdzie idziemy, do jakiej restauracji, co będę jeść, gdzieś znikła zachłanność na doświadczanie czegoś, takie intensywne, podkręcające.
Mnie to wtedy przestraszyło, miałam poczucie, że część mnie zanika, rozpływa się i że coś tracę. Cele życiowe były nadal ważne, ale nie wzbudzały takich emocji i zachłanności. Były ważne by żyć, jakoś tak naturalnie. Były ważne, w sensie właściwe, ale nie aż tak ważne, jednocześnie.
Oj to nam obojgu wtedy wywalało. Mi ten niepokój, że tracę siebie, swoje ego(?), a drugiej stronie, że chce ze mną mocnych wrażeń razem doświadczać(wreszcie się w tym spełnić, że razem będziemy szaleć), a ja nie chce i że jestem taka nijaka, bez swojego zdania, obojętna. A przecież powinnam mieć swoje zdanie, stawiać na swoim, i to zdanie powinno być najlepiej inne niż drugiej strony:P
Mnie ten stan niepokoi bo mi się wydaje, że odlatuję, nie jestem ugruntowana, a powinnam gonić za materią, jak to ludzie. Z tym się ugruntowanie kojarzy: z napięciem, osiąganiem jak największej ilości sukcesów, gonieniem ciągle za czymś.