Mam problem: medytuję i afirmuję spokój wewnętrzny, poczucie bezpieczeństwa i swobodę w kontaktach z ludźmi i ogólnie poza domem (bo jeszcze rok temu wpadałam w panikę, gdy musiałam jechać autobusem) i widzę spory postęp. Ale ... pojawiło się odczucie rozradowanej małej mnie klaszczącej w rączki wołającej "przygoda! przygoda! przygoda!" No i zaczyna mnie nosić. Czyli oprócz tych obowiązków, które już mam dochodzą, albo jakieś niecierpiące zwłoki sprawy, a to ktoś pilnie czegoś ode mnie chce, albo schodzą się znajomi moich córek, tak, że we własnym domu czuję się, jak na dworcu! I nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że FIZYCZNIE nie jestem w stanie temu podołać. Na ten tydzień, oprócz przerwanego nagłym wyjazdem malowania doszło mi jeszcze szkolenie (dziś się dowiedziałam) i wizyta u specjalisty (o czym wiem od czwartku, a miała być za miesiąc).
Ma ktoś może pomysł, co robię źle?
Jedyne skojarzenie, jakie mi się nasuwa, to dobre wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, kiedy rzeczywiście sporo podróżowałam i czułam się baaardzo szczęśliwa. Ale nie musiałam prać, sprzątać, gotować i chodzić do pracy!