Autor Wątek: Technika Uwalniania Lestera Levensona  (Przeczytany 54577 razy)

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-22, 21:28:27 »
Felicite
Cytuj
Afirmowanie jest metodą (techniką) pracy ze sobą, ale już akceptacja to podejście. Można w ten sposób podchodzić do wszystkiego, do całego swojego życia. Do afirmacji też :) A kto powiedział, że akceptować można (czy powinno się) tylko negatywy?

Przytoczę jeszcze raz Osho, bo się z nim zgadzam. Oświecenie to totalna akceptacja.
Myślę, że akceptację można nazwać podejściem, czy postawą, ale żeby taki stan osiągnąć trzeba przejść pewną drogę i do tego służą afirmacje (i inne metody). Bo co zrobić jeśli ktoś niczego nie akceptuje, bo tak jest zbuntowany? Własnie może posłużyć sie afirmacjami na akceptację. W sumie taką postawę akceptacji nie osiągnie się inaczej jak własnie poprzez akceptowanie coraz bardziej i bardziej.
Jak dla mnie technika UW lepiej działa u ludzi na wyższym poziomie. Trzeba nieć już pewną świadomość.

Felicite
Też mi już wcześniej przyszło na myśl, że mogłabyś pisać ciekawe książki :)
Fajnie się je czyta :)
To talent odblokowany czy miałaś go cały czas?

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-22, 21:04:05 »
Dzięki Wszystkim za ciekawe posty :)

Inga

O jakie pozytywy mi chodzi? O takie, które pozwalają nam radzić sobie w życiu na TYM świecie, a nie zbierać cięgi, być ofiarą i żyć w ciągłym strachu przed tym co przyniesie jutro i co nas może spotkać.

Co do nauki Osho, to na podstawie jego książek wynika, że ma zupełnie inne podejście do problemów niż Krishnamurti. Sam o tym mówi. Podaje, że dla Krishnamurtiego JEDYNĄ metodą rozwoju jest bycie świadomym, bycie świadkiem i wynikające z tej postawy ZROZUMIENIE, które daje uwolnienie od wszelkich ograniczeń. Osho mówi, że jest to dobra metoda, ale bardzo wolna, może trwać wiele wcieleń. A sam Osho podaje setki technik medytacyjnych, które mają na celu wyrzucenie wszelkich obciążeń. Zaczynają od ciała, idą przez serce, docierają do umysłu a potem wykraczają dalej. A osobę oświeconą określa bardzo różnie, np. jako osobę, u której jest totalna akceptacja życia. Fajna definicja.
Dlatego Osho mówi o akceptacji i przy okazji o całkowitym byciu sobą, a droga do tego wiedzie przez techniki katharsis.

Sylvia i Clint
Też łączę afirmacje z akceptacją i zrozumieniem. Prawidłowe stosowanie afirmacji na tym właśnie polega. To nie może być tak, że do jednej szufladki umysłu wtłaczamy pozytywną sugestię, a w innych dalej podtrzymujemy stare destrukcyjne programy.
W sumie to wybrałbym się na te zajęcia do Adana, bo TU pięknie współpracują z metodami afirmacyjnimi.


lukaszlm

  • Wiadomości: 734
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-06-22, 17:10:54 »
Akceptacja to pozwolenie na to, by się działo samo, bez mojej kontroli, bez mojej ingerencji, czyli jest to puszczenie kontroli, całkowite poddanie się Bogu. Pozwolenie na wszystko, oznacza również pozwolenie na zmianę.
Pozwolenie na wszystko oznacza, że pozwalam Bogu, by działał, więc jeśli tylko jest to zgodne z ND, ta zmiana, której tak bardzo pragnę, nastąpi. A jeśli nie (bo np. wcale nie byłoby to dla mnie korzystne), to i tak spotka mnie coś lepszego. Bo gdy pozwalamy działać Bogu inaczej być nie może :)"

Super napisałaś :) Ja zauważyłem że wtedy dzieją się najlepsze rzeczy naglę coś przychodzi z zewnątrz, albo nagle ciągnie nas do zrobienia czegoś, co potem ma bardzo miłe skutki, takie trochę jakby bóg działał na naszą korzyść poprzez innych albo przez nas działał, w obu przypadkach wystarczy właśnie pozwolić aby się działo. Ja z tego korzystam w modlitwach, kiedyś robiłem na zasadzie chce uzdrowienia , teraz na zasadzie akceptuje i pozwalam, działa dużo mocniej i jest dużo przyjemniejsze :)

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-06-22, 15:57:42 »

A co z pozytywami, jeśli też jesteśmy pełni akceptacji dla nich? Czy też tracą sens? Bo tego się obawiam :)

O jakie pozytywy chodzi? O pozytywne uczucia?

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-22, 12:05:40 »
Sylvia, co do mojego poglądu na temat afirmowania - wyjaśniłam to w odpowiedzi do Clinta. Być może to rzuci na tę kwestię nieco więcej światła, bo wcześniej wyraziłam się zbyt lakonicznie.
I żeby nie było niedomówień: nie twierdzę, że wszystkie afirmujące osoby działają jak automaty. Nie mam nic przeciwko afirmacjom. Przeciwnie, sama je stosuję.

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-22, 11:59:35 »
Co do akceptacji to chyba największy problem jest z tym że jest strach że jak zaakceptuje to że jest źle, to tak zostanie. Aczkolwiek zauważyłem, że działa to tak że cały sens złej sytuacji jest w tym abyśmy się źle czuli, gdy jesteśmy pełni akceptacji to negatywny tracą sens, zanikają, a my wtedy mamy dużo czasu i energia żeby realizować to co fajne, przyjemne itd.

:))

Ja to ujęłam w ten sposób:
"Uświadomiłam sobie, dlaczego tak jest, że akceptacja jest niezbędnym warunkiem dokonania zmiany.
Wydaje się to nielogiczne, ale jest takie tylko na pozór. Wydaje się takie, ponieważ akceptacja bardzo często utożsamiana jest ze stagnacją.
A tymczasem akceptacja nie ma z nią nic wspólnego. Wręcz przeciwnie: Akceptacja to pozwolenie na to, by się działo samo, bez mojej kontroli, bez mojej ingerencji, czyli jest to puszczenie kontroli, całkowite poddanie się Bogu. Pozwolenie na wszystko, oznacza również pozwolenie na zmianę.
Pozwolenie na wszystko oznacza, że pozwalam Bogu, by działał, więc jeśli tylko jest to zgodne z ND, ta zmiana, której tak bardzo pragnę, nastąpi. A jeśli nie (bo np. wcale nie byłoby to dla mnie korzystne), to i tak spotka mnie coś lepszego. Bo gdy pozwalamy działać Bogu inaczej być nie może :)"

zauważyłem, że działa to tak że cały sens złej sytuacji jest w tym abyśmy się źle czuli

Właśnie tak :)

To co piszesz w praktyce oznacza, że afirmacje poza wyciąganiem czegoś na zewnątrz są zbędne.
Ja na początku miałem taki oto dylemat w oparciu o książki, które wtedy czytałem: podejście Krishnamurtiego, który pisał podobnie do Twoich wypowiedzi i Luizę Hay, która stawiała na intensywną pracę z afirmacjami, by się przeprogramować.
Po próbach pierwszej drogi wybrałem drugą, bo zbyt wielkie miałem obciążenia.

Dla mnie afirmowanie to nie tylko wyciąganie na wierzch brudów, które zaciemniają prawdę, choć pewnie i tak można by to nazwać (jakby się ktoś uparł ;p). Napiszę o tym niżej.

Wiesz, być może jest tak, że niektórzy ludzie muszą najpierw przeprogramować umysł, żeby mógł się w ogóle wyciszyć i dostrzec prawdę.
Ja w każdym razie tego nie musiałam (wręcz mnie od tego odrzucało), a też miałam wielkie obciążenia. Więc nie wiem od czego to zależy. Od gotowości, otwartości? (tak sobie głośno myślę)
Ja dostrzegam coś takiego: wszystko co nam się przytrafia jest do czegoś potrzebne. Nawet "katastrofy" okazują się wyzwalające, gdy się do nich odpowiednio podejdzie :) Być może w pewnych sytuacjach trzeba doświadczyć czegoś, co komuś innemu, patrzącemu z innej pozycji, wydaje się zbędne. Jeśli więc Tobie posłużyło programowanie to ok :)

Do mnie coraz bardziej dochodzi, że porównywanie się z innymi, staranie się ich zrozumieć za wszelką cenę, nie ma sensu.
Nie muszę wchodzić ani w czyjeś wzorce i zaślepienia (bo ja JUŻ tego tak nie postrzegam), ani zastanawiać się nad czyimiś wglądami w rzeczywistość, których nie rozumiem (bo JESZCZE nie ten czas).
Wystarczy, że rozumiem siebie na etapie, na jakim jestem i że robię to, co mi służy. A resztą mogę sobie odpuścić i to mi wyjdzie tylko na dobre (bo tamto niesamowicie hamuje rozwój).

Na pewno coś im tam pomaga, czasem dość sporo patrząc na ich sukcesy.

Ja bym nie oceniała pochopnie tego, czy ktoś faktycznie odnosi sukcesy. Wiem po sobie.
Przez wiele lat byłam tak oceniana przez ludzi z zewnątrz: świetnie zapowiadająca się kariera, świetny związek, zawsze uśmiechnięta, na brak kasy też nigdy nie narzekałam, nawet rodziców mi zazdrościli (!). Co z tego, skoro to nie było to. Skoro byłam tak oddalona od siebie, że w środku aż wyłam z bólu. Choć były i dobre momenty - gdy znieczulałam się tak bardzo, że tego nie czułam.
Najśmieszniejsze, że do pisania doktoratu motywowałam się wizją, że kiedyś zostanę rektorem i zmienię tę starą strukturę (czuli uniwersytet), hehe. Nie to jeszcze nie jest najśmieszniejsze. Najśmieszniejsze jest to, że to działało!
Aż wreszcie dupło (jak to się u nas na Śląsku mówi ;): szpital (z podejrzeniem choroby nowotw. w zaawansowanym stanie! Taka byłam wyniszczona), załamanie psychiczne I poczułam taką ulgę, jak nigdy dotąd! :)
Posłuchaj Grzesiaka (tego od NLP), on też patrzy teraz na te kwestie inaczej :)

Wg mnie technika opisywana w temacie jest świetna, ale jako uzupełnienie do pracy z afirmacjami, a nie jej zastąpienie.

A ja patrzę na to z zupełnie innej strony: dla mnie kwestia akceptacji i kwestia afirmacji to nie dwie odrębne, równorzędne tematy, czy „techniki”. Afirmowanie jest metodą (techniką) pracy ze sobą, ale już akceptacja to podejście. Można w ten sposób podchodzić do wszystkiego, do całego swojego życia. Do afirmacji też :) A kto powiedział, że akceptować można (czy powinno się) tylko negatywy?
Chodzi również o to, żeby akceptować (czyli pozwalać na) pozytywy.
Weźmy taką afirmację „zasługuję na miłość”. Akceptacja tego twierdzenia na początku prowadzić będzie do poczucia, że faktycznie tak jest, a potem do czegoś więcej (ja coś takiego czuję): do uświadomienia sobie, że ja jestem miłością, więc słowo „zasługuję” jest tutaj nieadekwatne.
Oczywiście to nie jest tak, że wystarczy jednorazowy zabieg, żeby to sobie uświadomić (a przynajmniej nie w moim przypadku :p). To trzeba powtarzać aż do skutku, czyli pełnej świadomości tego, że jest się miłością i odczuwania tego cały czas.

Co do Osho i jego praktyki afirmacji. Mam to samo wrażenie co Sylvia, że Osho nie wiąże tego z innymi ważnymi kwestiami, jak chociażby ze "stanami opisywanymi przez Howkinsa jako Polami energii". Poza tym teoria pragnień też wiele wyjaśnia i rozwiązuje. A nie wiem, czy Osho się do niej odwołuje (bo nie czytałam go tak dokładnie).
Inna sprawa to to, że ktoś może mówić jedno, a (w pewnych obszarach) robić coś innego, bo jest zaślepiony i tego po prostu nie dostrzega.
Zauwżyłam to u Krasowskiego i u Osho też podejrzewam (ale nie mam pełnych danych, bo zbyt mało go znam). Tak więc nie zawsze warto sugerować się życiorysem "guru".

I na koniec jeszcze wyjaśnienie: Technika uwalniania to nie tylko to, co tutaj piszemy. Nie ma siły, żeby tutaj to wszystko opisać dobrze i wytłumaczyć (a przynajmniej ja nie jeszcze umiem). Dlatego potem wyciągane są różne fałszywe wnioski.
W ogóle słowo „technika” nie jest tutaj właściwe. To coś znacznie więcej niż kolejna technika. Oczywiście, można to tak traktować i na tym poprzestać, jeśli to zadowala, ale można też na podstawie tego dążyć do czegoś więcej.

Sylvia

  • Wiadomości: 2 128
  • Płeć: Kobieta
    • www.sylwiawolf.com
  • Sylwia A. Tender Wolf - terapeuta, trener EFT, Instruktor Theta Healing, Regreser, Matryca Energetyczna, Bars, więcej www.sylwiawolf.com Artykuły: http://www.ezosfera.pl/sylwiawolf/artykuly
  • Status: Ekspert
[#]   « 2012-06-22, 11:43:55 »
Wprowadzanie nowych programów w miejsce tych, które się nie podobają, dobre jest dla ludzi, którzy zgadzają się na to, by działać jak automaty. Mnie to nie satysfakcjonuje. W ogóle w rozwoju duchowym nie o to chodzi. Przynajmniej ja tak myślę, że chodzi o to, żeby zlikwidować wszelkie programy (i te negatywne i „pozytywne”) i dotrzeć do swojej prawdziwej natury. Gdy tak się stanie, będziesz wiedział, co robić, choć nie będziesz miał żadnych programów. Będziesz wiedział, czego chcesz i będziesz to dostawał (bo będzie to zgodne z ND). Bez żadnych programów :) Wystarczy, że będziesz wyrażał to, kim naprawdę jesteś.

To chyba specyficzne wzorce muszą się odpalić, braku kontaktu ze sobą, ze swoimi uczuciami, żeby afirmować sobie coś co jest sztuczne. To już bardziej przypomina autohipnozę za pomocą afirmacji, czyli zamknięcie w jakimś fałszywym świecie opartym na strukturach ego, a nie afirmowanie z poziomu prawdy. Możliwe, że zabrakło  takiej osoby/osobom, które masz na myśli, tego kontaktu ze sobą, ze swoimi uczuciami, samooceną i nastąpiło wyparcie się jakiś swoich wzorców negatywnych i branie pseudopozytywnych za ostateczną prawdę o sobie, i gdzieś po drodze zabrakło dbałości o czystość intencji w rozwoju.

Nie zauważyłam, żeby osoby afirmujące, działały jak automaty (chociażby z tego forum), gdy mają intencje afirmowania prawdy o sobie, czyli dostrajania się do tego swoją pracą rozwojową. Można afirmować sobie też to co jest zgodne z ND, czyli pogłębiać swoją otwartość na dostawanie tego i bycie w tym sobą. Są rożne metody dojścia do stanu całkowitego poddania się/zgodności z Nadświadomością.

« Ostatnia zmiana: 2012-06-22, 11:57:21 wysłana przez Sylvia »

Sylvia

  • Wiadomości: 2 128
  • Płeć: Kobieta
    • www.sylwiawolf.com
  • Sylwia A. Tender Wolf - terapeuta, trener EFT, Instruktor Theta Healing, Regreser, Matryca Energetyczna, Bars, więcej www.sylwiawolf.com Artykuły: http://www.ezosfera.pl/sylwiawolf/artykuly
  • Status: Ekspert
[#]   « 2012-06-22, 11:00:50 »
Ja na początku miałem taki oto dylemat w oparciu o książki, które wtedy czytałem: podejście Krishnamurtiego, który pisał podobnie do Twoich wypowiedzi i Luizę Hay, która stawiała na intensywną pracę z afirmacjami, by się przeprogramować.
Po próbach pierwszej drogi wybrałem drugą, bo zbyt wielkie miałem obciążenia.

Tez kiedyś czytałam Krishnamurtiego (przy początkach świadomego rozwoju czytaliśmy sobie w grupie zaprzyjaźnionych rozwojowców i dyskutując kontemplacyjnie poszerzaliśmy sobie świadomość spontanicznie, co było przyjemne i entuzjastyczne:)), i też L. Hay, a wcześniej Huna i Eveline Monahan i ćwiczenia na warsztatach utwierdziły mnie w celowości afirmacji. Szczególnie poczułam ich działanie przy afirmacji "Moja świadomość i podświadomość doskonale współpracują z moją Nadświadomością".  I wtedy wyszło, ze tak naprawdę jedno podejście nie wyklucza drugiego,, nie ma konfliktu "albo, albo", czy dylematu, bo jesteśmy tak złożonymi istotami, że można równocześnie przejawiać się i pracować rozwojowo na kilku poziomach, na różne sposoby, aż do pełnej harmonii z Nadświadomością.
W medytacji, kontemplacji, czy po prostu spontanicznie, czyli w każdym przypadku intuicyjnie, często wychodzi jaka jest odpowiednia afirmacja na dany moment, żeby dostroić się do siebie prawdziwego. Mamy coś takiego jak własna natura w materii, która się przejawia w świece pozytywnie, czyli tak rezonuje ze światem na pewnym pułapie bycia. Tak jak było napisane wcześniej akceptacja pozytywów, afirmacji, takich z poziomu prawdy i rzeczywistości o nas, z boskiego pułapu, zostaje, a wręcz się wzmacnia.
W EFT dodano afirmacje w pewnym momencie do metody, bo czasami podświadomość tylko tak załapuje co jest w zamian za negatywne programy i na czym się koncentrować, do czego dostrajać w sobie, szczególnie gdy podświadomość uczy się nowych mechanizmów funkcjonowania w jakimś temacie.
W innych metodach: Huna, regresing, afirmacje też mają taki sens.

Różne działania na optymalnej drodze (nie wszystkie, ale zawsze jest kilka właściwych opcji) prowadzą skutecznie do tego samego celu.
Wygląda, że dobrałeś odpowiednią metodę pracy dla siebie na dany czas poprzez samoświadomość:)
« Ostatnia zmiana: 2012-06-22, 11:08:07 wysłana przez Sylvia »

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-06-22, 10:03:00 »
Moim zdaniem afirmacje prawidłowo stosowane nie doprowadzają do bycia zaprogramowanym jak robot. Zwróćmy uwagę na to co afirmujemy (a przynajmniej co powinniśmy) - prawdę. Przykładem takiej prawdy może być afirmacja "zasługuje na miłość". Czy afirmowanie tego będzie tworzeniem sobie pozytywnej nakładki w umyśle zamiast urzeczywistniania czystej świadomości tego, że się zasługuje na miłość? Tak, ale tylko wtedy kiedy człowiek afirmuje w zły sposób, czyli bez zwracania uwagi na swoje odczucia, bez refleksji i medytacji oraz pracując automatycznie bez wczuwania się w treść.

Jeżeli jednak pracujemy nad afirmacją prawidłowo to nie jest ona wciskaniem sobie czegoś do umysłu, a jedynie regularnym koncentrowaniem się na pewnej prawdzie w celu jej utrwalenia i poruszenia wszelkich mentalnych oraz emocjonalnych struktur stojących w opozycji do niej.

Wg mnie technika opisywana w temacie jest świetna, ale jako uzupełnienie do pracy z afirmacjami, a nie jej zastąpienie. Jasne, że wiele rzeczy można w ten sposób puścić i zacząć przejawiać siebie w dużo większym stopniu, ale imo to nie rozwiąże wszystkich kwestii do uzdrowienia. Wiele z nich będzie na tyle głęboko wrytych w nas, że sama akceptacja ich nie ruszy. Często trzeba naszą podświadomość przyzwyczajoną do podążania w złym kierunku, przyzwyczaić do nowych, lepszych dróg i choć z początku może to się wydawać nieco sztuczne i na siłę - prawda jest taka, że to co z początku może się wydawać wbrew sobie, jest tylko wbrew starym przyzwyczajeniom i strukturom mentalnym, a nie wbrew sobie.

Dla mnie Osho jest świetnym przykładem, że sama akceptacja nie wystarczy, bo wywali mocniejsza karma i już jest po ptakach. Taka droga to droga, na wiele, wiele wcieleń ponieważ bez świadomego, regularnego koncentrowania się na pozytywach siła przebicia tego wszystkiego będzie za mała i cały proces będzie się ciągnął strasznie w czasie.

Oczywiście przy afirmacjach nie da się uniknąć przynajmniej częściowego programowania umysłu, ale to jest tylko etap pracy nad sobą, budowanie dobrej karmy, która może się okazać niezbędna do przekroczenia co większych obciążeń. Potem jak już się ma z grubsza poczyszczone wszystko i jest się kozakiem duchowym, to przychodzi czas na puszczenie tego, ale na wszystko jest swój czas.

lukaszlm

  • Wiadomości: 734
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-06-22, 08:58:38 »
A co z pozytywami, jeśli też jesteśmy pełni akceptacji dla nich? Czy też tracą sens? Bo tego się obawiam :)

Akceptacja jest jak kąpiel, zmywa brudy, i odkrywa piękne zdrowe, ładnie ciało. Także nie ma się co martwić, zostaje zawsze to co naturalne w nas. Pozytywny, miły stan, ciepłe myśli to nasza natura.
« Ostatnia zmiana: 2012-06-22, 09:12:09 wysłana przez lukaszlm »

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-22, 00:25:52 »
Zaś co do pułapek z pozytywnym myśleniem, które mogą się zdarzać, ale nie muszą masz rację. Też mam wrażenie, że przynajmniej niektórzy nauczyciele pozytywnego myślenia wyglądają jakby na siłę narzucali sobie pozytywne podejście i myślenie, a tak naprawdę wewnątrz mają wiele negatywów i nieakceptacji. No ale też jest to jakiś sposób na siebie i rozwój, choć daleki od ideału. Na pewno coś im tam pomaga, czasem dość sporo patrząc na ich sukcesy.

lukaszlm
Cytuj
zauważyłem, że działa to tak że cały sens złej sytuacji jest w tym abyśmy się źle czuli,
Ha ha, rozbawiłeś mnie tym stwierdzeniem, podoba mi się.

A dalej:
 
Cytuj
gdy jesteśmy pełni akceptacji to negatywny tracą sens, zanikają


A co z pozytywami, jeśli też jesteśmy pełni akceptacji dla nich? Czy też tracą sens? Bo tego się obawiam :)
« Ostatnia zmiana: 2012-06-22, 00:27:40 wysłana przez Mateusz »

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-22, 00:05:35 »
Felicite
Dzięki za odpowiedź.
To co piszesz w praktyce oznacza, że afirmacje poza wyciąganiem czegoś na zewnątrz są zbędne.
Ja na początku miałem taki oto dylemat w oparciu o książki, które wtedy czytałem: podejście Krishnamurtiego, który pisał podobnie do Twoich wypowiedzi i Luizę Hay, która stawiała na intensywną pracę z afirmacjami, by się przeprogramować.
Po próbach pierwszej drogi wybrałem drugą, bo zbyt wielkie miałem obciążenia.

lukaszlm

  • Wiadomości: 734
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-06-21, 23:26:30 »
Nasza prawdziwa natura jest doskonała i chodzi o to, żeby odrzucić wszystko, co przesłania tę doskonałość. Odrzucić nie na zasadzie walki (bo walka tylko wzmacnia to, z czym walczymy), ale na zasadzie akceptacji. Bo pełna akceptacja powoduje, że to, co nie jest nami (naszą prawdziwą naturą), odpada i odsłania to, co w nas prawdziwe.
Dlatego nie warto bać się akceptacji :)
Wprowadzanie nowych programów w miejsce tych, które się nie podobają, dobre jest dla ludzi, którzy zgadzają się na to, by działać jak automaty. Mnie to nie satysfakcjonuje. W ogóle w rozwoju duchowym nie o to chodzi. Przynajmniej ja tak myślę, że chodzi o to, żeby zlikwidować wszelkie programy (i te negatywne i „pozytywne”) i dotrzeć do swojej prawdziwej natury. Gdy tak się stanie, będziesz wiedział, co robić, choć nie będziesz miał żadnych programów. Będziesz wiedział, czego chcesz i będziesz to dostawał (bo będzie to zgodne z ND). Bez żadnych programów :) Wystarczy, że będziesz wyrażał to, kim naprawdę jesteś.

Dokładnie :)

Co do akceptacji to chyba największy problem jest z tym że jest strach że jak zaakceptuje to że jest źle, to tak zostanie. Aczkolwiek zauważyłem, że działa to tak że cały sens złej sytuacji jest w tym abyśmy się źle czuli, gdy jesteśmy pełni akceptacji to negatywny tracą sens, zanikają, a my wtedy mamy dużo czasu i energia żeby realizować to co fajne, przyjemne itd.

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-21, 22:40:49 »
Z tym związana jest jeszcze jedna kwestia, która mnie nurtuje. W książkach o pozytywnym myśleniu autorzy na każdym kroku podpowiadają, żeby zmieniać swoje myślenie, negatywnego na pozytywne. Od pewnego czasu mam wyraźną poprawę świadomości swoich myśli i emocji. Przyglądam się tym swoim myślom i widzę jak napływają. Mam możliwość przerwania strumienia negatywnych myśli i emocji na pozytywne. No i właśnie mogę to robić bez problemu, no bo tak uczą książki o pozytywnej kreacji, a czy to jest właściwe. Czy zmiana nie będzie wyparciem negatywów- czyli brakiem akceptacji. No ale z kolei trzeba przecież zmieniać negatywne myślenie, programy na pozytywne. Jak więc do tego należałoby podejść?

Wg mnie pozytywne myślenie jest nie lada pułapką. Właśnie dlatego, że jest „pozytywne” i większość ludzi nie dostrzega w nim żadnych negatywów.
Wśród ludzi panuje powszechne przekonanie, że wystarczy zmienić negatywy na pozytywy i będzie ok. Wiadomo – film The Secret, prawo przyciągania i te sprawy. A tymczasem to nie o to chodzi w pozytywnym myśleniu.
Z pozytywnym myśleniem jest tak  samo jak z afirmacjami – możesz je stosować po to, żeby zaprogramować się na uzyskiwanie jakichś efektów, a możesz stosować je po to, żeby odkryć prawdę. Jeśli odkryjesz (uświadomisz sobie) prawdę o sobie, wtedy nie trzeba będzie wprowadzać żadnych programów. Bo po co?
Koncepcja zmiany negatywnych programów na pozytywne zakłada, że jesteśmy „czystą kartą”, którą trzeba czymś zapisać. To nie tak. Mamy umysł, który działa w taki sposób (trzeba skasować jeden program i w jego miejsce wprowadzić nowy), ale my nie jesteśmy naszymi umysłami (umysł jest tylko narzędziem i tak powinien być traktowany). Nasza prawdziwa natura jest doskonała i chodzi o to, żeby odrzucić wszystko, co przesłania tę doskonałość. Odrzucić nie na zasadzie walki (bo walka tylko wzmacnia to, z czym walczymy), ale na zasadzie akceptacji. Bo pełna akceptacja powoduje, że to, co nie jest nami (naszą prawdziwą naturą), odpada i odsłania to, co w nas prawdziwe.
Dlatego nie warto bać się akceptacji :)
Wprowadzanie nowych programów w miejsce tych, które się nie podobają, dobre jest dla ludzi, którzy zgadzają się na to, by działać jak automaty. Mnie to nie satysfakcjonuje. W ogóle w rozwoju duchowym nie o to chodzi. Przynajmniej ja tak myślę, że chodzi o to, żeby zlikwidować wszelkie programy (i te negatywne i „pozytywne”) i dotrzeć do swojej prawdziwej natury. Gdy tak się stanie, będziesz wiedział, co robić, choć nie będziesz miał żadnych programów. Będziesz wiedział, czego chcesz i będziesz to dostawał (bo będzie to zgodne z ND). Bez żadnych programów :) Wystarczy, że będziesz wyrażał to, kim naprawdę jesteś.

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-21, 22:31:49 »
Inga
Cytuj
w kontakcie z ludźmi jestem w maksymalnym stresie i jedyne czego pragnę to jakoś przetrwać. Ale trochę mi się to udaje. Przeżywam uczucia lęku, wstydu że jestem beznadziejna, przymusu wypadania jak najlepiej, przymusu spełniania ich oczekiwań.

Mam podobny problem. Właśnie jak pisałem nie jest dla mnie trudne przyznać się do jakichś emocji przed samym sobą, ale prze innymi to już tak. Mam taką myśl, żeby dobrze wypaść przed ludźmi. To wtedy mnie zaakceptują, zyskam na wartości w ich oczach. Natomiast naga prawda o mnie może sprawić, że mną wzgardzą. Ale rzeczywiście lepsza jest akceptacja bez względu na to co myślą i mówią inni.