Co do akceptacji to chyba największy problem jest z tym że jest strach że jak zaakceptuje to że jest źle, to tak zostanie. Aczkolwiek zauważyłem, że działa to tak że cały sens złej sytuacji jest w tym abyśmy się źle czuli, gdy jesteśmy pełni akceptacji to negatywny tracą sens, zanikają, a my wtedy mamy dużo czasu i energia żeby realizować to co fajne, przyjemne itd.

Ja to ujęłam w ten sposób:
"Uświadomiłam sobie, dlaczego tak jest, że akceptacja jest niezbędnym warunkiem dokonania zmiany.
Wydaje się to nielogiczne, ale jest takie tylko na pozór. Wydaje się takie, ponieważ akceptacja bardzo często utożsamiana jest ze stagnacją.
A tymczasem akceptacja nie ma z nią nic wspólnego. Wręcz przeciwnie: Akceptacja to pozwolenie na to, by się działo samo, bez mojej kontroli, bez mojej ingerencji, czyli jest to puszczenie kontroli, całkowite poddanie się Bogu. Pozwolenie na wszystko, oznacza również pozwolenie na zmianę.
Pozwolenie na wszystko oznacza, że pozwalam Bogu, by działał, więc jeśli tylko jest to zgodne z ND, ta zmiana, której tak bardzo pragnę, nastąpi. A jeśli nie (bo np. wcale nie byłoby to dla mnie korzystne), to i tak spotka mnie coś lepszego. Bo gdy pozwalamy działać Bogu inaczej być nie może

"
zauważyłem, że działa to tak że cały sens złej sytuacji jest w tym abyśmy się źle czuli
Właśnie tak

To co piszesz w praktyce oznacza, że afirmacje poza wyciąganiem czegoś na zewnątrz są zbędne.
Ja na początku miałem taki oto dylemat w oparciu o książki, które wtedy czytałem: podejście Krishnamurtiego, który pisał podobnie do Twoich wypowiedzi i Luizę Hay, która stawiała na intensywną pracę z afirmacjami, by się przeprogramować.
Po próbach pierwszej drogi wybrałem drugą, bo zbyt wielkie miałem obciążenia.
Dla mnie afirmowanie to nie tylko wyciąganie na wierzch brudów, które zaciemniają prawdę, choć pewnie i tak można by to nazwać (jakby się ktoś uparł ;p). Napiszę o tym niżej.
Wiesz, być może jest tak, że niektórzy ludzie muszą najpierw przeprogramować umysł, żeby mógł się w ogóle wyciszyć i dostrzec prawdę.
Ja w każdym razie tego nie musiałam (wręcz mnie od tego odrzucało), a też miałam wielkie obciążenia. Więc nie wiem od czego to zależy. Od gotowości, otwartości? (tak sobie głośno myślę)
Ja dostrzegam coś takiego: wszystko co nam się przytrafia jest do czegoś potrzebne. Nawet "katastrofy" okazują się wyzwalające, gdy się do nich odpowiednio podejdzie

Być może w pewnych sytuacjach trzeba doświadczyć czegoś, co komuś innemu, patrzącemu z innej pozycji, wydaje się zbędne. Jeśli więc Tobie posłużyło programowanie to ok

Do mnie coraz bardziej dochodzi, że porównywanie się z innymi, staranie się ich zrozumieć za wszelką cenę, nie ma sensu.
Nie muszę wchodzić ani w czyjeś wzorce i zaślepienia (bo ja JUŻ tego tak nie postrzegam), ani zastanawiać się nad czyimiś wglądami w rzeczywistość, których nie rozumiem (bo JESZCZE nie ten czas).
Wystarczy, że rozumiem siebie na etapie, na jakim jestem i że robię to, co mi służy. A resztą mogę sobie odpuścić i to mi wyjdzie tylko na dobre (bo tamto niesamowicie hamuje rozwój).
Na pewno coś im tam pomaga, czasem dość sporo patrząc na ich sukcesy.
Ja bym nie oceniała pochopnie tego, czy ktoś faktycznie odnosi sukcesy. Wiem po sobie.
Przez wiele lat byłam tak oceniana przez ludzi z zewnątrz: świetnie zapowiadająca się kariera, świetny związek, zawsze uśmiechnięta, na brak kasy też nigdy nie narzekałam, nawet rodziców mi zazdrościli (!). Co z tego, skoro to nie było to. Skoro byłam tak oddalona od siebie, że w środku aż wyłam z bólu. Choć były i dobre momenty - gdy znieczulałam się tak bardzo, że tego nie czułam.
Najśmieszniejsze, że do pisania doktoratu motywowałam się wizją, że kiedyś zostanę rektorem i zmienię tę starą strukturę (czuli uniwersytet), hehe. Nie to jeszcze nie jest najśmieszniejsze. Najśmieszniejsze jest to, że to działało!
Aż wreszcie dupło (jak to się u nas na Śląsku mówi

: szpital (z podejrzeniem choroby nowotw. w zaawansowanym stanie! Taka byłam wyniszczona), załamanie psychiczne I poczułam taką ulgę, jak nigdy dotąd!

Posłuchaj Grzesiaka (tego od NLP), on też patrzy teraz na te kwestie inaczej

Wg mnie technika opisywana w temacie jest świetna, ale jako uzupełnienie do pracy z afirmacjami, a nie jej zastąpienie.
A ja patrzę na to z zupełnie innej strony: dla mnie kwestia akceptacji i kwestia afirmacji to nie dwie odrębne, równorzędne tematy, czy „techniki”. Afirmowanie jest metodą (techniką) pracy ze sobą, ale już akceptacja to podejście. Można w ten sposób podchodzić do wszystkiego, do całego swojego życia. Do afirmacji też

A kto powiedział, że akceptować można (czy powinno się) tylko negatywy?
Chodzi również o to, żeby akceptować (czyli pozwalać na) pozytywy.
Weźmy taką afirmację „zasługuję na miłość”. Akceptacja tego twierdzenia na początku prowadzić będzie do poczucia, że faktycznie tak jest, a potem do czegoś więcej (ja coś takiego czuję): do uświadomienia sobie, że ja jestem miłością, więc słowo „zasługuję” jest tutaj nieadekwatne.
Oczywiście to nie jest tak, że wystarczy jednorazowy zabieg, żeby to sobie uświadomić (a przynajmniej nie w moim przypadku :p). To trzeba powtarzać aż do skutku, czyli pełnej świadomości tego, że jest się miłością i odczuwania tego cały czas.
Co do Osho i jego praktyki afirmacji. Mam to samo wrażenie co Sylvia, że Osho nie wiąże tego z innymi ważnymi kwestiami, jak chociażby ze "stanami opisywanymi przez Howkinsa jako Polami energii". Poza tym teoria pragnień też wiele wyjaśnia i rozwiązuje. A nie wiem, czy Osho się do niej odwołuje (bo nie czytałam go tak dokładnie).
Inna sprawa to to, że ktoś może mówić jedno, a (w pewnych obszarach) robić coś innego, bo jest zaślepiony i tego po prostu nie dostrzega.
Zauwżyłam to u Krasowskiego i u Osho też podejrzewam (ale nie mam pełnych danych, bo zbyt mało go znam). Tak więc nie zawsze warto sugerować się życiorysem "guru".
I na koniec jeszcze wyjaśnienie: Technika uwalniania to nie tylko to, co tutaj piszemy. Nie ma siły, żeby tutaj to wszystko opisać dobrze i wytłumaczyć (a przynajmniej ja nie jeszcze umiem). Dlatego potem wyciągane są różne fałszywe wnioski.
W ogóle słowo „technika” nie jest tutaj właściwe. To coś znacznie więcej niż kolejna technika. Oczywiście, można to tak traktować i na tym poprzestać, jeśli to zadowala, ale można też na podstawie tego dążyć do czegoś więcej.