Też mi już wcześniej przyszło na myśl, że mogłabyś pisać ciekawe książki
Fajnie się je czyta 
To talent odblokowany czy miałaś go cały czas?
Mateusz, dziękuję za miłe słowa

Miałam go od dziecka, ale przez jakiś czas był zablokowany. W ogóle to jako dziecko miałam bardzo dużo różnych talentów (tylko że ich nie chciałam rozwijać), m.in. lekkość wyrażania się poprzez słowo pisane i mówione. A nawet mówić potrafiłam ładniej (wróżono mi karierę dziennikarską, bo byłam też bardzo aktywna i ciekawa świata). Tak było do początków liceum. Potem powstała jakaś blokada objawiająca się ogromną nieprzytomnością, gdy tylko chciałam się wyrazić. To zjawisko narastało i w czasie studiów sięgnęło zenitu. W tym czasie np. gdy chciałam gdzieś zadzwonić, to musiałam pisać na kartce „Dzień dobry, nazywam się…”

))) Serioza. To był koszmar! Na studiach wybierałam egzaminy pisemne, bo wtedy nieprzytomność była mniejsza (nie było bezpośredniego kontaktu z ludźmi, nie byłam też w centrum uwagi). [Na szczęście miałam tak świetną kreację (i to nie tylko odnośnie egzamów), że zdawałam bez trudu i na dobre oceny, nawet te ustne

]
Teraz widzę, że łączyło się to z zakazem działania dla siebie (mogłam działać tylko dla innych), ale nie wiem jeszcze, dlaczego uaktywniło się to akurat wtedy.
Do tej pory włącza mi się nieprzytomność, gdy mam powiedzieć coś ważnego dla mnie, choć jest już dużo lepiej niż kiedyś. Jednak talent krasomówczy nie wraca

A na nim najbardziej mi zależy.
Ale może kiedyś go odzyskam

Tylko że u osho, ta akceptacja też wynikała z jego filozofii życia. Jeśli źródłem akceptacji jest bóg, to akceptacja wtedy rozszerza świadomość tak mocno, że karma która wywala w zderzeniu z akceptacją i świadomością, rozbryzguje się jak woda o wybrzeże. Jeśli źródłem akceptacji jest światopogląd, filozofia, wymuszanie to wtedy faktycznie karma wywala i 'pozorna akceptacja' rozsypuje się jak domek z kart.
Co do nauk Osho, to się nie wypowiadam, bo nie znam ich w całości (choć to, co znam, póki co, bardzo mi odpowiada. A to dlatego, że do większości tego, co przeczytałam u niego, sama doszłam, a reszta też bardzo mi pasuje), ale dopiszę jeszcze coś w temacie sugerowania się faktami z życiorysów autorytetów.
Uważam, że żadna nauka, nawet najczystsza nie zagwarantuje nikomu oświecenia. A to dlatego, że do samego oświecenia w umyśle będą funkcjonować jakieś zaślepienia, które mogą sprowadzić na manowce. Dlatego na ścieżce RD tak ważna jest uważność i umiejętność przyznania się do błędu, szczerość i uczciwość, oraz nie uciekanie od niczego W SOBIE, co boli, czy wywołuje nieprzyjemne emocje.
Zauważyłam, że niebezpieczeństwo wyparcia tego, co niemiłe wzrasta w miarę podnoszenia wibracji. Wzrasta też świadomość, widzi się dużo więcej, ale jednak pokusa nie widzenia tego, co nie pasuje do reszty jest bardzo duża. Chodzi o to, że człowiekowi jest już tak dobrze, że nie chce wracać do niższych stanów emocjonalnych.
Dużo poważniejsze są też wtedy skutki każdego wyparcia.
Dlaczego? Bo z wypieraniem negatywów jest tak, jak z rozciągającą się gumką. Możesz przed nimi uciec, ale tylko do pewnej granicy. Im dalej uciekniesz, tym napięcie jest większe i w końcu gumka ściąga Cię z powrotem i siłą rozpędu spadasz bardzo nisko. Być może dlatego z bardzo wysokich poziomów tak łatwo jest „upaść” bardzo nisko.
Odnośnie Boga, to coś jest na rzeczy, bo od kiedy zrozumiałam, że Bóg to po prostu moja prawdziwa natura, wszystko się zmieniło, ulżyło mi niesamowicie, a akceptacja zyskała zupełnie inny wymiar.
Do tamtej pory buntowałam się przeciwko Bogu, bo postrzegałam go, jako coś „obcego”, jako coś co nie jest mną. Niby wiedziałam, że Bóg jest we mnie, bla bla bla…, ale nie czułam tego.
A potem zrozumiałam, że Bóg to ja-prawdziwa, a to, co się we mnie buntuje przeciwko temu, nie jest mną, że to jest element „obcy”. I zmieniła się moja percepcja rzeczywistości.
Poczułam, że Bóg (moja prawdziwa natura) to nie tylko JA, ale coś więcej. Bóg to doskonała natura we mnie i innych ludziach. Bóg to jedność nas wszystkich.
To dlatego, gdy szczerze życzymy szczęścia innym, to tak jakbyśmy sobie życzyli (i wtedy to szczęście przychodzi). I odwrotnie: gdy życzymy szczęścia sobie, to innym też, gdy kochamy siebie, to innych też kochamy, nie ma innej możliwości

To dlatego mówimy, że „Bóg działa przez innych ludzi”. A czemu nie miałby działać, skoro jest tak samo w nas, jak i w nich?

I co jest jeszcze ważne: poddanie się Bogu nie oznacza, że „coś” będzie działało za nas, a my będziemy leżeć i się nudzić. Nie, bo poddajemy się boskiej cząstce w NAS. Tzn. że to my (my-Bóg) będziemy wiedzieć, czego chcemy i będziemy to realizować (działać).
Wrócę jeszcze do podziału, którego dokonałam na początku, na to, co we mnie boskie i na element „obcy” czyli Ego. Taki podział nie powinien prowadzić do podziału siebie na części i różnego traktowania tych części.
Całą siebie - taką, jaką jestem, powinnam traktować z miłością i akceptacją. Czyli akceptować w sobie wszystko, niezależnie czy jest boskie, czy pochodzi od Ego. Dlaczego? Bo to właśnie akceptacja powoduje rozpuszczenie tego, co nie jest mną (czyli Ego) i pozwala wypłynąć na wierzch temu, co prawdziwie moje (czyli boskie)
