Autor Wątek: Technika Uwalniania Lestera Levensona  (Przeczytany 54534 razy)

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-21, 22:06:30 »
Felicite
Dzięki za odpowiedź :)
No właśnie, po przemyśleniu przyznaję, że jest tak jak piszesz.
Z tym związana jest jeszcze jedna kwestia, która mnie nurtuje. W książkach o pozytywnym myśleniu autorzy na każdym kroku podpowiadają, żeby zmieniać swoje myślenie, negatywnego na pozytywne. Od pewnego czasu mam wyraźną poprawę świadomości swoich myśli i emocji. Przyglądam się tym swoim myślom i widzę jak napływają. Mam możliwość przerwania strumienia negatywnych myśli i emocji na pozytywne. No i właśnie mogę to robić bez problemu, no bo tak uczą książki o pozytywnej kreacji, a czy to jest właściwe. Czy zmiana nie będzie wyparciem negatywów- czyli brakiem akceptacji. No ale z kolei trzeba przecież zmieniać negatywne myślenie, programy na pozytywne. Jak więc do tego należałoby podejść?
 

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-06-21, 16:04:46 »

 Byłaś tam jedną z niewielu szczerych, bezwstydnych (w dobrym tego słowa znaczeniu :p) osób (bez maski). Bardzo mi to imponowało i przez to mnie inspirowałaś.
Coś podobnego. Nie pomyślałabym.

A mnie się bardzo nie podobało że tam prawie każdy przedstawiał siebie w superlatywach i pisał wyłącznie o tym jaki jest wspaniały i jakie duchowe sukcesy odnosi.
Żadnej samokrytyki.
 A ja hipokryzji miałam dość w swoim domu.
Oraz te kłótnie w stylu - nie, to ja mam rację.
Niestety, ale były tam też osoby widzące moją słabość i próbujące się dowartościować moim kosztem.


Sylvia

  • Wiadomości: 2 128
  • Płeć: Kobieta
    • www.sylwiawolf.com
  • Sylwia A. Tender Wolf - terapeuta, trener EFT, Instruktor Theta Healing, Regreser, Matryca Energetyczna, Bars, więcej www.sylwiawolf.com Artykuły: http://www.ezosfera.pl/sylwiawolf/artykuly
  • Status: Ekspert
[#]   « 2012-06-21, 13:56:03 »
Felicite
To dobrze, że coraz bardziej otwierasz się na docenianie tego co realnie korzystne i na integrowanie tego na różne sposoby.


Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-20, 23:46:26 »
O takim uwalnianiu, żeby dopuścić coś w pełni i zaakceptować to pisał też Osho ze wschodnich źródeł, a przed nim inni ze wschodu, tylko jeszcze nie dla zachodu.

Ja to widzę w ten sposób: rzeczywistość jest jedna, a więc wglądy różnych osób, jeśli są w miarę czyste, muszą być ze sobą zbieżne w zasadniczych kwestiach, albo się przynajmniej zazębiać (zakładając, że obejmują trochę inną część tej rzeczywistości).  Tak to jest właśnie z uwalnianiem, akceptacją i innymi kwestiami, o których tutaj piszemy. Ostatnio wpadła mi w ręce książka Krishnamurtiego i widzę, że on podobnie to przedstawia.

A propos Osho i jego poglądów na temat akceptacji. Ja np. samodzielnie doszłam do tego, co on pisze w swoich książkach.
Nigdy za nim nie przepadałam (tak jakoś mnie nie pociągał ;), więc i jego książek nie czytałam. Jednak gdy szukałam informacji na temat wewnętrznego dziecka, trafiłam na jego książkę. Spodobało mi się to, co pisał o dzieciach (również o dziecku w nas jako boskiej cząstce, bo takie ujęcie tej kwestii jest mi bliskie), więc sięgnęłam po jego książkę o emocjach. I zobaczyłam zbieżność. Ale jaką! Niekiedy Osho używa nawet tych samych zwrotów :)) Kilka dni temu trafiła w moje ręce jego książka o technikach medytacji. Otworzyłam ją akurat na opisie medytacji palenia papierosów, czy jakoś tak. To już jest żywcem to, co ja „wymyśliłam”, a nazwałam pozwalaniem sobie na trzeźwo i przytomnie. Nawet tu na forum o tym nadmieniałam. Gdyby ktoś posłuchał, jak o tym mówię, a znał Osho, to na 100% by pomyślał, że ściągnęłam od niego. A tymczasem to samo wypłynęło z mojej praktyki akceptacji :)

Korzystałam zresztą na początku mojego rozwoju, z tej techniki uwalniania "więcej z akceptacją" Osho, tylko nie była ona związana ze stanami opisanymi u Hawkinsa jako Pola Energii, więc było to częściowe wykorzystanie jej możliwości. Później intuicyjnie dąży się do tych uczuć wyższych.

Zgadzam się :)
I dlatego ja bardzo się cieszę, że trafiłam na warsztaty Adama, bo dzięki niemu poznałam m.in. mapę świadomości Hawkinsa, już nie mówiąc o tym, że cała idea uwalniania/akceptacji była dla mnie nowa. I choć nie zgadzam się z Adamem w innych kwestiach zasadniczych, to doceniam to, że na niego trafiłam i jestem mu wdzięczna :)

Inga,

Psychologia jest dość młodą nauką, a podejście, o którym piszemy było znane już od dawna na wschodzie. Nic dziwnego, że psychologia to zasymilowała, przecież to nauka o działaniu umysłu ludzkiego, nie może przeczyć podstawowym faktom :P
Psychologia wykorzystuję pewną technikę, bo dostrzega pewne fakty, ale nie wchodzi "głębiej" w pewne procesy, czyli ogólnie rzecz biorąc duchowość - tak to widzę.

Naprawdę? Nie myślałam że komuś się przydaje to co piszę.
A mogłabym pisać dużo więcej, tylko że Ania nie chodziła na terapię i nie bardzo ją to interesowało. A to co pisałam to i tak jej to wpychałam na siłę.

Nie chodzi o to, co pisałaś w wątku o BPD z Anią (bo tam dość rzadko wchodziłam), ale ogólnie o Twoje przejawianie się na forum. Byłaś tam jedną z niewielu szczerych, bezwstydnych (w dobrym tego słowa znaczeniu :p) osób (bez maski). Bardzo mi to imponowało i przez to mnie inspirowałaś. Ja zaliczałam siebie (niestety) do osób w masce (byłam spętana wstydem), więc byłaś dla mnie przykładem w tej kwestii.

Mariusz

  • Wiadomości: 4 015
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-06-20, 21:40:30 »
Inga
a potrafisz doświadczac pozytywnych uczuć, np sama w odosobnieniu lub w relacji z miła osobą?

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-06-20, 17:50:40 »
Ja obecnie staram się na bieżąco, w trakcie rozmów z ludźmi analizować swoje odczucia i dopuszczać te które się same pojawiają. Jest to bardzo trudne bo w kontakcie z ludźmi jestem w maksymalnym stresie i jedyne czego pragnę to jakoś przetrwać. Ale trochę mi się to udaje. Przeżywam uczucia lęku, wstydu że jestem beznadziejna, przymusu wypadania jak najlepiej, przymusu spełniania ich oczekiwań.  Dzięki temu że trochę daję radę i widzę na czym stoję, mam trochę więcej pewności siebie i uczucia że może sobie poradzę. To przeżywanie tych uczuć jest okropne, ale lepsze od bycia martwą to znaczy całkowitego odcięcia od swoich uczuć. Widzę że to mój jedyny ratunek aby się przestać bać ludzi i wchodzić z nimi w rzeczywiste relacje.

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-06-20, 17:36:19 »

W sumie, Inga, dużo się w tej kwestii nauczyłam od Ciebie (obserwując Cię jeszcze na Cudzie), więc - dzięki!



Naprawdę? Nie myślałam że komuś się przydaje to co piszę.
A mogłabym pisać dużo więcej, tylko że Ania nie chodziła na terapię i nie bardzo ją to interesowało. A to co pisałam to i tak jej to wpychałam na siłę.

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-06-20, 17:25:25 »
A mnie ciekawi jak ta technika trafiła do psychologii, i gdzie była najpierw stosowana. Bo to jest jedna z podstawowych metod stosowanych w psychoterapii i jest tam bardzo znana i powszechna.
Ja piszę na forum poświęconym psychoterapii i stamtąd mam informacje.

Sylvia

  • Wiadomości: 2 128
  • Płeć: Kobieta
    • www.sylwiawolf.com
  • Sylwia A. Tender Wolf - terapeuta, trener EFT, Instruktor Theta Healing, Regreser, Matryca Energetyczna, Bars, więcej www.sylwiawolf.com Artykuły: http://www.ezosfera.pl/sylwiawolf/artykuly
  • Status: Ekspert
[#]   « 2012-06-20, 17:17:12 »
Ważne też, by nie zatrzymać się na etapie wiecznego uzdrawiania wew. dziecka. Wewnętrzne dziecko to również pewna struktura w podświadomości (jej część) i świadomość powinna ją objąć (rozpuścić) w pewnym momencie.

Też widzę takie przejcie z etapu pewnych struktur np. wewnętrznego dziecka, do rozpuszczenia się ich w boskości.
To jest kolejny krok, jednak nie da się pominąć wcześniejszych i na każdym etapie widzenie tego w określony sposób jest odpowiednie, w taki sposób, żeby mogło doprowadzić do przejścia do kolejnego. Nie da się tego przeskoczyć, można tylko po kolei.
Boskość jest poza strukturami podświadomości na pewnym etapie.

Felicite
Co do źródła części informacji, to jest to samo na które się powołujesz. Domyślam się przyczyny takiej sytuacji, ale opisywanie jej tutaj nic nie wniesie do metody, która jest skuteczna. 
Z tego co wiem, to Dawid Hawkins nie brał udziału w warsztacie jako uczestnik, tylko był ekspertem, który pomógł uporać się z czymś, co nie wychodziło Levensonowi i docenił technikę. Przypomina mi to sytuację z EFT, które powstało na bazie TFT metody Callahana,
tutaj więcej http://blog.ezosfera.pl/?p=114
O takim uwalnianiu, żeby dopuścić coś w pełni i zaakceptować to pisał też Osho ze wschodnich źródeł, a przed nim inni ze wschodu, tylko jeszcze nie dla zachodu.
Samo uwalnianie, gdy poszuka się głębiej jest jeszcze z innych źródeł wschodnich, a w Technice Uwalniania uczonej na kursach Adama Krasowskiego, chodzi też o identyfikację pewnych stanów, żeby dojść do innych, co merytorycznie było opracowane przez Hawkinsa.
Korzystałam zresztą na początku mojego rozwoju, z tej techniki uwalniania "więcej z akceptacją" Osho, tylko nie była ona związana ze stanami opisanymi u Hawkinsa jako Pola Energii, więc było to częściowe wykorzystanie jej możliwości. Później intuicyjnie dąży się do tych uczuć wyższych.

Z tego co przeczytałam, ktoś szukał osób na warsztat, więc jest tutaj mowa o tej Technice Uwalniania, którą uczy na warsztacie Adam Krasowski z uwzględnieniem rozwiniętej metodologii. Raczej nie ma za bardzo znaczenia kto nadał tytuł wątkowi, jednak nie jest on (tytuł) dokładnie o tej metodzie z warsztatów, która bazuje w dużej części na mapie świadomości Dawida Hawkinsa. Także jest w tej metodzie i na warsztatach coś więcej, i techniki wschodu, i badania zachodu, i coś jeszcze dodatkowo z innych metod, zasymilowane przez prowadzącego.



Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-20, 09:56:33 »
Indra, Kaśka :))))

Nie myślałaś o tym, żeby poprowadzic własne warsztaty, uzupełniające warsztaty Krasa ?:D  Wygląda na to, że są potrzebne i że cieszyłyby się dużym zainteresowaniem :)

Przede wszystkim, dziękuję Ci za to pytanie, Indirko :* Dzięki niemu mogłam sobie przemyśleć i uporządkować pewne rzeczy :)

Tak, myślałam o prowadzeniu warsztatów.
Ale nie były to jakieś plany, tylko luźne myśli, w sensie, że dopuszczałam taką możliwość.
Nie planowałam tego robić z kilku powodów: Po pierwsze i najważniejsze miałam wzorzec (przymus, misję) pomagania innym za cenę wyrzekania się siebie (+ kilka innych niemiłych wzorców z tym związanych). Byłam tego świadoma i nie chciałam, żeby to pomaganie innym odbywało się na chorych zasadach (bo nic nie chcę robić na chorych zasadach).
Na szczęście ostatnio mi odpuściło (jakiś czas temu się to zaogniło, więc domyśliłam się, że chce się wypalić ;) i pozwoliłam sobie np. pisać na forum, tak dużo, jak chciałam, nawet jeśli wynikało to z wewnętrznych przymusów :)))
Teraz, kiedy już nie czuję tych przymusów, pozostało to jeszcze dobrze ugruntować.
No ale znikło też moje nadmierne zainteresowanie tym, żeby żyć sprawami innych, w związku z tym nie wiem, czy chciałoby mi się pracować bezpośrednio z ludźmi /powadzić zajęcia z ludźmi.
W ogóle nie wiem, czy chciałabym to robić „zawodowo”. W sumie nigdy nie ciągnęło mnie do terapeutycznej pracy z ludźmi, np. żeby być psychoterapeutą, czy regreserem. Można powiedzieć, że nawet wręcz przeciwnie :) Do nauczania zawsze miałam ciągoty, ale tym się nasyciłam się już chyba pracując na uczelni ;)
Teraz pojawia się chęć malowania, rysowania, tworzenia. Kto wie, może to zajęcie będzie mi teraz dostarczać najwięcej satysfakcji? Ale niczego nie wykluczam :)

Po drugie, moja praca nad sobą nie dobiegła jeszcze końca. Praca czyli zdrowienie. Jest już git, no i wszystko bardzo przyspieszyło ostatnio (tak to czuję), ale jeszcze nie pora, by poświęcać czas na coś innego, niż bycie z sobą samą i poznawanie siebie :) Najpierw muszę dokładnie wiedzieć czego chcę, a potem dopiero zabiorę się za robienie planów na przyszłość. Wiem, że wszystko ma swój czas i ja nie zamierzam niczego przyspieszać :)

Natomiast trochę bardziej poważnie myślę o napisaniu książki. Lubię pisać, umiem pisać i mam co pisać, więc bardzo możliwe, że to zrobię :) To by mnie naprawdę cieszyło. Dla samego pisania (a w sumie o to chodzi), nawet nie dla ludzi, czy dla satysfakcji, że ktoś to potem przeczyta i może nawet mu się spodoba. Choć nie miałabym nic przeciwko temu, żeby książka się sprzedawała i była inspiracją dla innych. Ale to jakby przy okazji.
W ten sposób napisałam już pracę doktorską, która – choć recenzentce podobała się niesamowicie (mój promotor przyznał, że nigdy jeszcze nie czytał tak pozytywnej recenzji) – leży w szufladzie. Nie mam chęci jej wydać, ale cieszy mnie, że ją napisałam :) Nawet jeśli materia, której dotyczy mnie nie interesowała. A teraz pisałabym książkę o sprawach dla mnie interesujących.  To zupełnie co innego.
Kiedyś Kraso dostał inspirację dotyczącą mojego „przeznaczenia”. Pytał, czy piszę książki (chodziło mu o to, czy piszę cokolwiek, nawet jeśli jest to pisanie w zeszycie do szuflady), bo coś mu podpowiada, że to jest zajęcie dla mnie ;)
No ale to też jeszcze nie w najbliższym czasie (jeśli w ogóle). Póki co mam coś ważniejszego i przyjemnego do roboty :))

Wczoraj miałam taką sytuację, że zobaczyłam że mój przełożony jest na mnie zły. Natychmiast miałam skok silnego lęku a a tym samym momencie  zaczęłam siebie uspokajać że nic takiego się nie stało i wypierać ten lęk. Wszystko się działo błyskawicznie i nieświadomie ale udało mi się to przechwycić.

To się dzieje tak automatycznie zazwyczaj, że jak ja to mówię – trzeba mieć oczy w d… ;), żeby to zauważyć i nie wyprzeć. Ale się da. Uważność i szczerość wobec siebie (i innych) to podstawa na ścieżce RD :)
W sumie, Inga, dużo się w tej kwestii nauczyłam od Ciebie (obserwując Cię jeszcze na Cudzie), więc - dzięki!

Tak w ogóle a propos ucieczki to uświadomiłam sobie, że jeśli chcemy pozbyć się problemów, to przede wszystkim musimy zaprzestać uciekania przed nimi.
A to dlatego, że wszelkie problemy są tak naprawdę złudzeniem. Kiedy przed nimi uciekamy, to nie możemy tego zauważyć. Rosną wtedy jeszcze bardziej. A kiedy się je przyjmuje, staje z nimi twarzą w twarz, nie wypiera niczego, nie bagatelizuje, tylko się je akceptuje, to wtedy znikają, a właściwie one nie znikają, ale my uświadamiamy sobie, że tak naprawdę nigdy nie istniały (wtedy problem przestaje być problemem, a staje się zwykłym doświadczeniem, czy kwestią do rozwiązania). To nasz lęk je stworzył i nadał im wagę.
Bardzo dobrze obrazują to słowa Kardynała Wyszyńskiego:
„Do drzwi zapukał Strach. Otworzyła mu Odwaga. Za drzwiami nie było nikogo”.

Bo są obawy, jak oni zareagują, poczują się lepsi, ważniejsi, czy też np. nie zechcą to w najbliższym czasie wykorzystać przeciwko nam.

Mateusz, wczoraj przypomniało mi się coś, co mi się kiedyś przytrafiło. Ma to związek z tym, o czym piszesz, dlatego Ci to opowiem :)
Pracuję na uczelni wyższej jako pracownik dydaktyczno-naukowy (w sumie jeszcze tak, ale na szczęscie już niedługo :)). Otóż jakiś czas temu nasz dziekan wymyślił, żeby kierownicy katedr chodzili raz w roku do prowadzących zajęcia na naszym wydziale. A ponieważ mój szef nigdy nie ma czasu, to poprosił moją koleżankę z katedry, żeby zrobiła to za niego i przyszła na moje zajęcia.
W tym czasie weszła w życie całkiem nowa, bardzo różna od starej, ustawa, której w całości nie znałam (prawo finansów publicznych nie jest moją pasją – moją specjalnością jest prawo podatkowe - więc zazwyczaj nie czytam tego dla przyjemności do poduszki ;p). A musiałam się dobrze przygotować, żeby dobrze wypaść, bo jednak koleżanka z katedry (surowa perfekcjonistka) to nie studenci ;) No ale wyszło tak, że miałam wywałki cały tydzień (hehe) i nic nie zrobiłam. Została mi noc przed wiadomymi zajęciami. W nocy ledwo co udało mi się wkuć na pamięć „nazywam się tak i tak” hehe, taką miałam nieprzytomność.
Zajęcia wypadły fatalnie. Nie potrafiłam sklecić zdania po polsku. Merytorycznych błędów nie zrobiłam, bo starałam się odnosić zwłaszcza do poprzedniego stanu prawnego, ale i tak się zbłaźniłam. Wcale nie koloryzuję. Totalna wpadka.
Kiedy wszyscy wyszli, ja nie mogłam wyjść z sali. Wstyd mnie dosłownie sparaliżował. Stało się to, czego się zawsze najbardziej bałam – ośmieszyłam się publicznie. Koniec świata, śmierć w oczach. Wstyd mnie przywalił, już nawet nie potrafiłam się bronić. I to mnie chyba uratowało, bo wtedy musiałam sobie na niego pozwolić, nie było innego wyjścia. Czyli nieświadomie zastosowałam uwalnianie (nieświadomie, bo wtedy jeszcze tego nie znałam). I to pomogło. Ale jak!
Kiedy przyszły te myśli o śmierci, to chwilę potem uświadomiłam sobie, że przecież żyję! Że słońce świeci tak samo, że mnie nie ubyło, że właściwie nic się nie zmieniło. To było tak wyzwalające, jak nic dotąd. Nagle poczułam, że cały wstyd znika, że znika ogromne pragnienie aprobaty ze strony ludzi (bo ono NIC nie daje, doświadczyłam tego przecież). Przestało mi zupełnie zależeć na opinii kolegów z pracy, studentów i w ogóle. Poza tym najgorsze się już stało, więc nic gorszego nie mogło mi się przytrafić. Uff… Poczułam się tak wolna, że wybiegłam na korytarz i chyba jeszcze godzinę chodziłam po wydziale, napawając się brakiem lęku i wstydu. Czułam się jak młody bóg! :)))
Ale co najważniejsze (tzn. co chciałam Ci pokazać na przykładzie tego doświadczenia) – ta koleżanka, osoba krytyczna i surowa, stała się dla mnie serdeczna jak nigdy dotąd. I co więcej – zaczęła się przede mną przyznawać do swoich słabości! Nawiązała się pewna bliskość między nami. A to wszystko dlatego, że ja pokazałam ludzką twarz. Ona mogła więc przy mnie pokazać swoją, czyli zdjąć maskę (a maska bardzo uwiera, dlatego czuje się ogromną ulgę, gdy można ją zdjąć choć na chwilę). Ludzie na stanowiskach, jeśli nie mają naturalnej, wysokiej samooceny, zazwyczaj są sztywni i surowi, nie pozwalają sobie na luz, bo boją się pokazać, że mają wady, słabości itd. Są spętani wstydem! Widzę to po kolegach na wydziale. Każdy tylko szpanuje i chwali się, żeby pokazać, ze jest lepszy, bo wtedy nikt go nie ruszy, bo będą się go bali. A każdy ma jakieś kompleksy, nie ma siły. Zauważyłam taką prawidłowość - im ktoś ma mniejsze kompleksy, tym większy luz i prawdziwość, czyli pokazywanie swoich słabości, wrażliwości, itd.
Tak więc to nie do końca jest tak, że gdy okażesz swoją słabość, to ktoś to potem wykorzysta (choć tak też może być).
Ja Cię nie namawiam, żebyś się błaźnił na siłę, hehe. Jeśli jest duży wstyd, to najlepiej jest zacząć od przyznania się do niego przed samym sobą (i wytrzymania tego). Potem dopiero przed kimś bliskim, przyjaźnie nastawionym, a potem można przed całym światem :) Jeśli oczywiście się chce, bo nie wszystko warto mówić (w sensie, że jeśli nie ma takiej potrzeby, to lepiej się nie narzucać ze swoją „innością”).

No i w sumie na tym przykładzie widać, że to, co nam się wydaje katastrofą, może okazać się najbardziej wyzwalającym i korzystnym doświadczeniem w życiu (ja przeżyłam 3 takie "katastrofy"; te dwie kolejne jeszcze bardziej wyzwalające niż ta, którą przytoczyłam :))
« Ostatnia zmiana: 2012-06-20, 10:04:55 wysłana przez Felicite »

Indra

  • Wiadomości: 2 440
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-19, 22:05:15 »
 Inga
 Dzięki za wskazówkę! bardzo cenna rada. Jak o tym myślę, to zauważam, że jeśli czuję jakąś niefajną emocję to często wypieram i uciekam w uspokajanie się. Dobre z tym eksperymentem, to może zachęcić, bo jakoś tam zredukuje lęk przed trudnymi emocjami. Fakt, że pewne emocje są dla mnie trudne i nie do końca je akceptuję, np. zranienie, ból i poczucie straty. Gniew, czy złość nie sprawia aż takich problemów, jest to dla mnie latwiejsze do zniesienia.

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-06-19, 17:40:40 »
Indra
Zacznij najpierw może od obserwacji siebie co robisz gdy pojawia ci się jakieś nieprzyjemne odczucie. Co wtedy do siebie mówisz, jak reagujesz, czy go wypierasz, czy może siebie uspokajasz.
Wczoraj miałam taką sytuację, że zobaczyłam że mój przełożony jest na mnie zły. Natychmiast miałam skok silnego lęku a a tym samym momencie  zaczęłam siebie uspokajać że nic takiego się nie stało i wypierać ten lęk. Wszystko się działo błyskawicznie i nieświadomie ale udało mi się to przechwycić.
Teraz już świadomie postanowiłam to coś poczuć. Wyłączyłam myślenie i starałam się czuć to o czułam, co by to nie było.
Ja ,aby się nie presjonować i nie wymuszać jakichś uczuć, powtarzam sobie- czuję to co czuję i obserwuję to co się pojawia i nie robię niczego więcej. Chodzi o to aby wyłączyć myślenie i zamienić się w uczucie Itak w nim trwać. A jak się zaciskają mieśnie to obserwować zaciskanie mięśni i czuć to co się samo pojawia.
Trzeba się powoli z tym oswajać aby to przestało się wydawać zagrażające.
Można na początku sobie powiedzieć- tylko troszeczkę tego wytrzymam i za chwilę zakończyć eksperyment.

Kaśka

  • Wiadomości: 101
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-06-19, 13:04:13 »
popieram Indrę !!!
wpisuję się na listę chętnych :))))

Indra

  • Wiadomości: 2 440
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-19, 10:21:37 »
 Felicite
Nie myślałaś o tym, żeby poprowadzic własne warsztaty, uzupełniające warsztaty Krasa ?:D  Wygląda na to, że są potrzebne i że cieszyłyby się dużym zainteresowaniem :)

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-18, 23:26:34 »
Indra,
cholerna trudność tej metody polega na tym, że jest to za łatwe dla większości ludzi ;P
A co do Hydrozagadki, to wtedy, gdy jej pokazywałam proces TU (dokładnie rok temu :), sama jeszcze nie do końca kumałam, o co chodzi. Oczywiście wydawało mi się, że wiem, oczywiście uwalniałam, skutki były, ale teraz widzę, że jednak rozumiałam to po swojemu (jak pewnie większość ludzi po warsztatach :)

Mateusz,
Jak to się ma do akceptowania swoich emocji?

Nie akceptujesz tych emocji, bo blokujesz je (ze strachu). Co prawda nie wypierasz ich całkowicie, ale jednak nie pozwolisz im z Ciebie wyjść.
Akceptacja to pozwalanie by je poczuć całym sobą, bez żadnego blokowania. Emocje ujawniają się nie tyle w psychice, ile w ciele. Akceptacja emocji polega więc na tym, żeby pozwolić ciału odpowiednio reagować.
Podam przykład z życia wzięty: wczoraj graliśmy w Satori. Jeden z graczy miał opowiedzieć coś tam o sobie i wyszedł mu wielki wstyd. Nie blokował go, przyjął. Powiedział, że nie jest w stanie mówić o tym, bo się wstydzi. Przytuliłam go i poczułam, że jego ciało drga, nawet nie drży, to było takie dziwne drganie. Po prostu reakcja ciała na wstyd. Po chwili wstyd przeszedł i był w stanie powiedzieć o sobie bez większego problemu.
[Tak na marginesie: Na tym polega uwalnianie wstydu: wyciągnięcie go na wierzch i pozwolenie, by nas opanował, nie blokowanie reakcji ciała.]
Tak właśnie działa uwolnienie wstydu. Gdy faktycznie wyjdzie, to już go nie ma i to, czego się wstydziłeś już nie wydaje Ci się wstydliwe.
Tylko czasem musi to potrwać dłuzej, bo człowiek rzadko kiedy bywa gotowy, żeby wypuścić od razu cały wstyd dotyczący np. danego wydarzenia. Ale to jest tylko kwestia gotowości i reakcji ciała. Bo ciało musi mieć czas oddać całe zgromadzone wcześniej napięcie.