Indra, Kaśka

))
Nie myślałaś o tym, żeby poprowadzic własne warsztaty, uzupełniające warsztaty Krasa ?
Wygląda na to, że są potrzebne i że cieszyłyby się dużym zainteresowaniem 
Przede wszystkim, dziękuję Ci za to pytanie, Indirko :* Dzięki niemu mogłam sobie przemyśleć i uporządkować pewne rzeczy

Tak, myślałam o prowadzeniu warsztatów.
Ale nie były to jakieś plany, tylko luźne myśli, w sensie, że dopuszczałam taką możliwość.
Nie planowałam tego robić z kilku powodów: Po pierwsze i najważniejsze miałam wzorzec (przymus, misję) pomagania innym za cenę wyrzekania się siebie (+ kilka innych niemiłych wzorców z tym związanych). Byłam tego świadoma i nie chciałam, żeby to pomaganie innym odbywało się na chorych zasadach (bo nic nie chcę robić na chorych zasadach).
Na szczęście ostatnio mi odpuściło (jakiś czas temu się to zaogniło, więc domyśliłam się, że chce się wypalić

i pozwoliłam sobie np. pisać na forum, tak dużo, jak chciałam, nawet jeśli wynikało to z wewnętrznych przymusów

)
Teraz, kiedy już nie czuję tych przymusów, pozostało to jeszcze dobrze ugruntować.
No ale znikło też moje nadmierne zainteresowanie tym, żeby żyć sprawami innych, w związku z tym nie wiem, czy chciałoby mi się pracować bezpośrednio z ludźmi /powadzić zajęcia z ludźmi.
W ogóle nie wiem, czy chciałabym to robić „zawodowo”. W sumie nigdy nie ciągnęło mnie do terapeutycznej pracy z ludźmi, np. żeby być psychoterapeutą, czy regreserem. Można powiedzieć, że nawet wręcz przeciwnie

Do nauczania zawsze miałam ciągoty, ale tym się nasyciłam się już chyba pracując na uczelni

Teraz pojawia się chęć malowania, rysowania, tworzenia. Kto wie, może to zajęcie będzie mi teraz dostarczać najwięcej satysfakcji? Ale niczego nie wykluczam

Po drugie, moja praca nad sobą nie dobiegła jeszcze końca. Praca czyli zdrowienie. Jest już git, no i wszystko bardzo przyspieszyło ostatnio (tak to czuję), ale jeszcze nie pora, by poświęcać czas na coś innego, niż bycie z sobą samą i poznawanie siebie

Najpierw muszę dokładnie wiedzieć czego chcę, a potem dopiero zabiorę się za robienie planów na przyszłość. Wiem, że wszystko ma swój czas i ja nie zamierzam niczego przyspieszać

Natomiast trochę bardziej poważnie myślę o napisaniu książki. Lubię pisać, umiem pisać i mam co pisać, więc bardzo możliwe, że to zrobię

To by mnie naprawdę cieszyło. Dla samego pisania (a w sumie o to chodzi), nawet nie dla ludzi, czy dla satysfakcji, że ktoś to potem przeczyta i może nawet mu się spodoba. Choć nie miałabym nic przeciwko temu, żeby książka się sprzedawała i była inspiracją dla innych. Ale to jakby przy okazji.
W ten sposób napisałam już pracę doktorską, która – choć recenzentce podobała się niesamowicie (mój promotor przyznał, że nigdy jeszcze nie czytał tak pozytywnej recenzji) – leży w szufladzie. Nie mam chęci jej wydać, ale cieszy mnie, że ją napisałam

Nawet jeśli materia, której dotyczy mnie nie interesowała. A teraz pisałabym książkę o sprawach dla mnie interesujących. To zupełnie co innego.
Kiedyś Kraso dostał inspirację dotyczącą mojego „przeznaczenia”. Pytał, czy piszę książki (chodziło mu o to, czy piszę cokolwiek, nawet jeśli jest to pisanie w zeszycie do szuflady), bo coś mu podpowiada, że to jest zajęcie dla mnie

No ale to też jeszcze nie w najbliższym czasie (jeśli w ogóle). Póki co mam coś ważniejszego i przyjemnego do roboty

Wczoraj miałam taką sytuację, że zobaczyłam że mój przełożony jest na mnie zły. Natychmiast miałam skok silnego lęku a a tym samym momencie zaczęłam siebie uspokajać że nic takiego się nie stało i wypierać ten lęk. Wszystko się działo błyskawicznie i nieświadomie ale udało mi się to przechwycić.
To się dzieje tak automatycznie zazwyczaj, że jak ja to mówię – trzeba mieć oczy w d…

, żeby to zauważyć i nie wyprzeć. Ale się da. Uważność i szczerość wobec siebie (i innych) to podstawa na ścieżce RD

W sumie, Inga, dużo się w tej kwestii nauczyłam od Ciebie (obserwując Cię jeszcze na Cudzie), więc - dzięki!
Tak w ogóle a propos ucieczki to uświadomiłam sobie, że jeśli chcemy pozbyć się problemów, to przede wszystkim musimy zaprzestać uciekania przed nimi.
A to dlatego, że wszelkie problemy są tak naprawdę złudzeniem. Kiedy przed nimi uciekamy, to nie możemy tego zauważyć. Rosną wtedy jeszcze bardziej. A kiedy się je przyjmuje, staje z nimi twarzą w twarz, nie wypiera niczego, nie bagatelizuje, tylko się je akceptuje, to wtedy znikają, a właściwie one nie znikają, ale my uświadamiamy sobie, że tak naprawdę nigdy nie istniały (wtedy problem przestaje być problemem, a staje się zwykłym doświadczeniem, czy kwestią do rozwiązania). To nasz lęk je stworzył i nadał im wagę.
Bardzo dobrze obrazują to słowa Kardynała Wyszyńskiego:
„Do drzwi zapukał Strach. Otworzyła mu Odwaga. Za drzwiami nie było nikogo”.
Bo są obawy, jak oni zareagują, poczują się lepsi, ważniejsi, czy też np. nie zechcą to w najbliższym czasie wykorzystać przeciwko nam.
Mateusz, wczoraj przypomniało mi się coś, co mi się kiedyś przytrafiło. Ma to związek z tym, o czym piszesz, dlatego Ci to opowiem

Pracuję na uczelni wyższej jako pracownik dydaktyczno-naukowy (w sumie jeszcze tak, ale na szczęscie już niedługo

. Otóż jakiś czas temu nasz dziekan wymyślił, żeby kierownicy katedr chodzili raz w roku do prowadzących zajęcia na naszym wydziale. A ponieważ mój szef nigdy nie ma czasu, to poprosił moją koleżankę z katedry, żeby zrobiła to za niego i przyszła na moje zajęcia.
W tym czasie weszła w życie całkiem nowa, bardzo różna od starej, ustawa, której w całości nie znałam (prawo finansów publicznych nie jest moją pasją – moją specjalnością jest prawo podatkowe - więc zazwyczaj nie czytam tego dla przyjemności do poduszki ;p). A musiałam się dobrze przygotować, żeby dobrze wypaść, bo jednak koleżanka z katedry (surowa perfekcjonistka) to nie studenci

No ale wyszło tak, że miałam wywałki cały tydzień (hehe) i nic nie zrobiłam. Została mi noc przed wiadomymi zajęciami. W nocy ledwo co udało mi się wkuć na pamięć „nazywam się tak i tak” hehe, taką miałam nieprzytomność.
Zajęcia wypadły fatalnie. Nie potrafiłam sklecić zdania po polsku. Merytorycznych błędów nie zrobiłam, bo starałam się odnosić zwłaszcza do poprzedniego stanu prawnego, ale i tak się zbłaźniłam. Wcale nie koloryzuję. Totalna wpadka.
Kiedy wszyscy wyszli, ja nie mogłam wyjść z sali. Wstyd mnie dosłownie sparaliżował. Stało się to, czego się zawsze najbardziej bałam – ośmieszyłam się publicznie. Koniec świata, śmierć w oczach. Wstyd mnie przywalił, już nawet nie potrafiłam się bronić. I to mnie chyba uratowało, bo wtedy musiałam sobie na niego pozwolić, nie było innego wyjścia. Czyli nieświadomie zastosowałam uwalnianie (nieświadomie, bo wtedy jeszcze tego nie znałam). I to pomogło. Ale jak!
Kiedy przyszły te myśli o śmierci, to chwilę potem uświadomiłam sobie, że przecież żyję! Że słońce świeci tak samo, że mnie nie ubyło, że właściwie nic się nie zmieniło. To było tak wyzwalające, jak nic dotąd. Nagle poczułam, że cały wstyd znika, że znika ogromne pragnienie aprobaty ze strony ludzi (bo ono NIC nie daje, doświadczyłam tego przecież). Przestało mi zupełnie zależeć na opinii kolegów z pracy, studentów i w ogóle. Poza tym najgorsze się już stało, więc nic gorszego nie mogło mi się przytrafić. Uff… Poczułam się tak wolna, że wybiegłam na korytarz i chyba jeszcze godzinę chodziłam po wydziale, napawając się brakiem lęku i wstydu. Czułam się jak młody bóg!

)
Ale co najważniejsze (tzn. co chciałam Ci pokazać na przykładzie tego doświadczenia) – ta koleżanka, osoba krytyczna i surowa, stała się dla mnie serdeczna jak nigdy dotąd. I co więcej – zaczęła się przede mną przyznawać do swoich słabości! Nawiązała się pewna bliskość między nami. A to wszystko dlatego, że ja pokazałam ludzką twarz. Ona mogła więc przy mnie pokazać swoją, czyli zdjąć maskę (a maska bardzo uwiera, dlatego czuje się ogromną ulgę, gdy można ją zdjąć choć na chwilę). Ludzie na stanowiskach, jeśli nie mają naturalnej, wysokiej samooceny, zazwyczaj są sztywni i surowi, nie pozwalają sobie na luz, bo boją się pokazać, że mają wady, słabości itd. Są spętani wstydem! Widzę to po kolegach na wydziale. Każdy tylko szpanuje i chwali się, żeby pokazać, ze jest lepszy, bo wtedy nikt go nie ruszy, bo będą się go bali. A każdy ma jakieś kompleksy, nie ma siły. Zauważyłam taką prawidłowość - im ktoś ma mniejsze kompleksy, tym większy luz i prawdziwość, czyli pokazywanie swoich słabości, wrażliwości, itd.
Tak więc to nie do końca jest tak, że gdy okażesz swoją słabość, to ktoś to potem wykorzysta (choć tak też może być).
Ja Cię nie namawiam, żebyś się błaźnił na siłę, hehe. Jeśli jest duży wstyd, to najlepiej jest zacząć od przyznania się do niego przed samym sobą (i wytrzymania tego). Potem dopiero przed kimś bliskim, przyjaźnie nastawionym, a potem można przed całym światem

Jeśli oczywiście się chce, bo nie wszystko warto mówić (w sensie, że jeśli nie ma takiej potrzeby, to lepiej się nie narzucać ze swoją „innością”).
No i w sumie na tym przykładzie widać, że to, co nam się wydaje katastrofą, może okazać się najbardziej wyzwalającym i korzystnym doświadczeniem w życiu (ja przeżyłam 3 takie "katastrofy"; te dwie kolejne jeszcze bardziej wyzwalające niż ta, którą przytoczyłam
