"ale jak to urzeczywistnisz to nie bedziesz pracować a bez pracy nie przezyjesz;)"
Mam to samo.
Trzymanie sie nerwowe pracy, żeby przeżyć. Tak mi wywala.
I ja od jakiegoś czasu ciągle jak nakręcona, przymusowo, ciagle musze cos robić, albo praca albo jakieś obowiązki. Jakby mi to mialo zagwarantować przeżycie właśnie.
A z drugiej strony mam poczucie, ze mnie to wprowadza w taka nieprzytomnosc, trans wrecz, odciecie od siebie, od Boga, od intuicji. I mi pś mowi, że aby byc blisko Boga i siebie samej to nie mogę pracować i wykonywać obowiązków, bo taka praca i działanie mnie odcina i to niszczy.
Wczoraj to na sesji odreagowywałam, czuję już dziś wiecej spokoju, ale nie do konca jak się okazuje.
W temacie materii wyszedł mi nieciekawy wzorzec, pś przekonanie jak się żyje w materi: materia działa tak, że trzeba sie poswiecac by inni mogli dobrze zyc. Np rodzic poswieca sie dla dziecka, potem dziecko dla swojego dziecka itd.
Gdy kobieta rodzi dziecko oddaje na to czesc swojego ciala, swojej energii, jakby to zostalo jej zabrane i dane dziecko, tu wzorce silne" dziecko mi szkodzi, zabiera czesc mnie, zyje moim kosztem, juz nigdy nie odzyskam tej czesci, jestem wybrakowana, gorsza jako kobieta, do tego mniej atrakcyjna fizycznie, seksualnie"
przekonanie jakby sie zuzylo i to nie odwracalne.
Idac tym tropem dalej: spolecznestwo: ktos musi zostac zlozony w ofierze by inni mogli zyc. to dla "dobra' spoleczenstwa.
tu bylo nawet zgadzanie sie na zlozenie na ołtarzu, wyrywanie serc itp rytualy. Ale te poswiecenia spoleczne przyjmoac mogly rozne formy. Zgadzalam sie na to, bo wczesniej ktos inny sie poswiecal niby dla mnie, wiec potem przyszla pora na mnie by inni mogli dobrze zyc.
Skojarzylo mi sie ze te przekonanie na temat materii wziely sie z obserwacji przyrody np zwierzeta zjadaja sie na wzajem i tak ma byc materia taka juz jest. A Boga w materii nie ma. Przekonanie, że nie da się oswiecic, wrocic do Boga, bo poza strukture materii sie nie wyjdzie. To juz taki zamkniety krąg.