Wczoraj sesji wyszedł mi taki wzorzec z polowkiem a dotyczący harmonii w zwiazkach:
jakbymś sie podzielili, kazde mialo urzeczywistniac zupelnie cos innego, przeciwnego wrecz.
Dochodzilo nawet do kłotni o to, ze jak jedno sobie cos wybralo, to drugie tego juz nie moze, a tez mu sie podoba np jakies zainteresowania, czy cele. Normalnie walka kto co wezmie dla siebie, bo wtedy drugie musi cos innego juz.
W tym wcieleniu jestesmy zupelnie rozni. Przyciagalam sobie partnerow, ktorzy przejawiali cechy jakich ja nie mialam i wtedy sie dogrywalo, ja rezygnuje z "walecznej zaradnosci" to potrzebuje partnera ktory bedzie to miał, jestem nie poukladana, to on poukladany, nienawidze techniki, to on uwielbia i jest w tym dobry, on jest dobry w tym czego ja tak nie lubię, a potrzebuje i mi to zapewnia itd itd
Niby ok, bo sie uzupelniamy, na zasadzie przeciwienstw. Dawalo mi to poczucie bezpieczenstwa zyciowego, w materii, ale bardzo wkurzalo mnie w zwiazku, bo ta kazda roznica dranizla mnie strasznie, czulam wyraznie jakby bylo to oddzielenie, zagrozenie wymierzone w zwiazek, nie akceptowalam tych cech u partnera bardzo, wrecz chcialam to niszczyć. Gardzilam tymi cechami i jego innoscia. To trochę tak jakby mi ktoś z zabloconymi buciorami chodził po mieszkaniu.
Natomiast druga wersja to partner z podobnymi do mnie cechami, podobnie przejawiajacy się, ok bylo mozna sie dogadac, rozumielismy się, ale taka osoba byla dla mnie nudna i odpychajaca. Jak rozgotowana kluska.
No i zyciowo wogole nie wychodzi.
Zostało to odliczone, emocje odeszły, przyjrzałam się, ale nadal nie wiem jak ma ta prawdziwa harmonia wyglądać i na czym polegać.