Lynd

)
Do około 18 lat temu ( wtenczas zaczęłam czytać Leszka

),
byłam katoliczką.
Indoktrynowaną.
Prawie ortodoksyjną

(
I to, co mocno pamiętam, to "moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina" i "Panie nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie . . . ".
Do teraz mam odruch, ze jak coś, np w pracy pójdzie źle, to ja się czuje winna. Albo tak pokieruję sytuacją, żeby wina była moja
Jezu, całe tony tej indoktrynacji ! Nadal.
I "kompetentni wszechwiedzący" interpretatorzy tego "Co Jezus powiedział" .
A ja wiem, że głównie powiedział i wyraźnie przekazywał, JAK PIĘKNIE I MĄDRZE ŻYĆ !
A nie jak cierpieć, cholera jasna !!!
Wścieka mnie to, bo widzę następne pokolenia ABSOLUTNIE PRZEKONANE o swojej winie.
Moja wnusia ( chodzi na religię, bo jej matka - o paradoksie strzyga ! i jej matka, czyli tamta babcia każą ), wali sie w piersi na klęczkach w okresie postu i jedzie "moja wina".
Tamta babcia "WIE" co Jezus mówił

(
A wnusia mi wyraźnie mówi, że nie chce chodzić na religię. Cóż, rośnie następne pokolenie "winnych". Indoktrynowanych.
Każdy wie, co powiedział mistrz 2 tys lat temu

)