W ogóle zauważyłem, że piękne kobiety mają dwa wyraźne wzorce, problemy, są to: poczucie zniewolenia przez mężczyzn i pomieszanie z poplątaniem w seksie. Takie kobiety w związkach często działają nieadekwatnie w stosunku do mężczyzn.
Mateusz, nie mam nic do tych słów (ogólnie), po prostu coś we mnie mocno poruszyły, więc je wykorzystam.
W moim związku to zniewolenie jest faktem. I racja - nie reagowałam adekwatnie, bo powinnam odejść już lata temu (albo przypier* solidnie, gdy zaczęło się takie zachowanie). Ale w moim przypadku odbyło się to tak, jak w eksperymencie z gotowaniem żab. Zostałam wrzucona do letniej wody, która była stopniowo podgrzewana. Aż wreszcie się ugotowałam.
Po prostu nie zauważyłam tego faktu, bo nie było wyraźnego przekroczenia granicy. To przekraczanie odbywało się po malutku, niezauważalnie.
Zniewolenie przez umniejszanie mi. Moja samoocena związkowa leży i kwiczy.
Wszystko robiłam nie tak, jak trzeba, np. ubierałam się za bardzo kolorowo i oryginalnie, a miałam nie zwracać niczyjej uwagi (nie z zazdrości mąż tak mówił, tylko że sam nie chciał zwracać uwagi, bał się oceny). Zawsze oceniał, jak się ubrałam i niejednokrotnie słyszałam : Przebierz się, bo ja tak z tobą nie wyjdę. Albo wyglądasz jak Kasper Ololo (jakiś bohater kreskówki, nie znam za bardzo, tylko z jego słów). Czemu nie ubierasz się jak każdy inny człowiek, czemu na ciebie wszyscy zwracają uwagę i cię pamiętają? Bo zachowujesz się i ubierasz nienormlanie.
Np. jak wkładałam rozkloszowaną spódnicę, mówił "wyglądasz okropnie, jak pyza na polskich dróżkach". Jak powiedziałam to znajomemu, to po prostu go zatkało, bo jego zdaniem wyglądałam po prostu ładnie i kobieco. Oceniał nawet to, czy mogę włożyć czapkę (czy jest już dostatecznie zimno i czy ludzie noszą, jak nie noszą tzn. że będę zwracać uwagę, więc nie powinnam wkładać).
Albo jestem ubrana za ładnie, albo za brzydko, ale nigdy adekwatnie. Nigdy.
Przy czym zaznaczam, że nie chodziło nigdy o stroje wyzywające, bo tak się nie ubieram. Tylko o ich inność, wyróżnianie się na tle reszty. Choć moim zdaniem wcale nie wyróżniałam się zanadto. To on przesadzał.
Stale mnie obserwuje i ocenia, czy nie wyglądam inaczej niż inni. Nie ma dnia (gdy jesteśmy wśród ludzi), żeby nie powiedział mi: umyj się, masz ślad po czekoladzie na twarzy, albo okruszek na ustach. Wyglądasz jak brudne dziecko (po zjedzeniu loda np. Choć ja patrząc w lustro z trudem to zauważam). Przed każdym wyjście,po jedzeniu czegoś w trasie: pokaż się, czy ZNOWU czego nie ma na twarzy. I tak praktycznie cały czas!
W seksie jest to samo. Miałam o tym nie pisać, bo nie chcę pisać o nim, ale rzecz dotyczy również mnie, więc mam prawo (a poza tym on przesadza nie od dziś). Stale jest obrażony (bo coś tam zrobiłam źle), karze mnie brakiem seksu, więc prawie się nie kochamy (i tak od lat). No i też mi umniejsza.
Ostatnio powiedział coś takiego: "Wyglądasz jak chłopak. I jak tu się z tobą kochać?"!!!
A ja wcale nie wyglądam jak chłopak, wtedy po prostu opadły mi włosy, tak na kształt chłopięcej średnio długiej fryzury, bo byłam po kąpieli. Potem twierdził, że to był żart. Tak właśnie niszczy się samoocenę kobiety, przez takie "żarty". Zresztą niejednokrotnie tak robił: chodzisz jak kaczka (nawet mówił na mnie kaczuszka), plujesz jak facet (no bez jaj, że nie mogę czegoś wypluć, bo jestem kobietą!). A gdy (kiedyś jeszcze, bo teraz mam wydepilowane łydki) nie ogoliłam akurat nóg, to zawsze było, że mam męski zarost. Tak jakby kobieta nie miała włosów.
Zresztą jego ojciec robił to samo, tylko w drugą stronę. On znowu lubił te nieogolone łydki, więc gdy widział moją gładką skórę, to ciągle do tego wracał: po co to robisz, no nie wiem, może M. to lubi, więc się nie wtrącam. A jednak się wtrącał i to bardzo, w zupełnie nie swoje sprawy!
Jest jeszcze masę rzeczy, które mogłabym przytoczyć, ale nie chcę tego robić publicznie. Te o których napisałam są bardziej lajtowe.
Bo umniejszał mi też w innych dziedzinach życia (np. traktował mnie jak maszynkę do zarabiania pieniędzy, przy tym lekceważąc moją pracę i dochody, na których zresztą bazowaliśmy), po to żeby się podbudować moim kosztem.
Znajomi nic o tym nie wiedzieli, bo przy innych był zawsze spokojnym, czułym mężem.
Zresztą chce zniewalać mnie na każdym kroku. Jeśli zrobię coś bez jego aprobaty (zwykłą domową czynność, nawet jak sama coś posprzątam! A to on kocha porządek <dla mnie nie jest to tak ważne i na tym tle są też stale kłótnie>, no ale jeśli zrobię to bez jego zgody, to zaraz foch, albo agresja), to jest zły. Czemu to zrobiłaś? Nic mi nie mówiłaś, że chcesz to zrobić. Tak jakbym musiała mu się tłumaczyć z każdego mojego kroku. Prosić o pozwolenie odnośnie dosłownie wszystkiego.
No więc często pytam się go dla świętego spokoju (zwłaszcza jeśli chodzi o domowe czynności, bo mnie to bardziej zwisa niż jemu, więc tu mu oddaję palmę pierwszeństwa). Bo gdy nie spytam, to się wścieka.
Przedwczoraj znów była kłótnia o pisanie na forum (teraz to jest częste), widział, że oglądam coś na youtube i już pyta, czemu to robię. "Przecież mówiłaś, że opisujesz swoje problemy, a ty się chcesz zwyczajnie rozerwać!". I znów to samo: Chciał chyba, żebym się go spytała o to, czy mogę pisać na forum również w celach rozrywkowych, albo co najmniej go o tym informowała na bieżąco. Nic nie mogę robić bez jego zgody. Dosłownie nic.
To znaczy w jego mniemaniu, bo ja oczywiście olewam to i robię (zwłaszcza, gdy rzecz dotyczy tylko mnie). I dlatego wiecznie jest źle miedzy nami. A dobrze jest tylko po kumulacji i wielkiej zadymie. Bo kiedy staje się nieznośny (już za bardzo chce mnie ograniczyć, a do tego staje się agresywny), to ja też już nie wytrzymuję.
Głupio mi, że to wszystko opisałam publicznie (choć tak jak mówiłam - to jest tylko wierzchołek góry lodowej). Ale do tej pory u nas był to temat tabu (zawsze graliśmy idealną parę, ja bardzo chciałam w to wierzyć, chyba), więc pora to od-tabić (używając zwrotu Lilliole).