Osz kurka, wczoraj, gdy pisałam do kogoś na priv, że właśnie uświadomiłam sobie ważną rzecz związaną z moimi problemami w związku, tak walnęło i urwało nam kabel z prądem, kabel dyndał i szły iskry jak się patrzy

Uświadomiłam sobie, że tak samo było z doktoratem. Też szły różne rozkminy na forum (jeszcze na Cudzie), też nie umiałam sobie z tym poradzić i chodziło o to, że ja po prostu nie mogłam, nie chciałam zobaczyć, że tego zwyczajnie nie chcę! Bardzo długo nie mogłam zobaczyć i bardzo długo się męczyłam.
I że teraz tak może być (a może tak jest?) z M?. No i dupło

Oczywiście nie mamy prądu, nawet nie wiem, czy zdążę napisać to, co chcę, bo w każdej chwili może mi paść bateria w laptopie.
No ale spróbuję

Najpierw najbardziej gryzące mnie rzeczy. Czyli coś, co mnie poruszyło w negatywnym tego słowa znaczeniu.
Facillite
No masz popieprzone z tym seksem.Według mnie jestes jednak o.k bo jestes szczera.Jesli juz komus robisz krzywdeto tylko sobie.Nie musisz sie wstydzic.
Tego typu wzorce swiadcza o molestowaniu , ktorego moglas doznac ,wiec Ci sie pomieszalo zainteresowanie Toba z podnieceniem .Podniecenie bezsilnoscia , byciem zdominowana to potwierdza.Zaden ze mnie terapeuta to moje odczucia..
Moze mogla by Ci pomoc terapia dla nimfomanek i seksoholikow ..
Ontoja,
wybacz, jeśli będzie za ostro (bo generalnie nic do Ciebie nie mam), ale jestem wkurzona Twoim postem.
Miałam nie odnosić się do Twojej wypowiedzi, ale jednak muszę to zrobić, bo za bardzo mnie ona porusza. Tym bardziej, im dłużej milczę na ten temat.
Niby jest wspierająca, niby, bo niczego takiego nie czułam po jej czytaniu. Wręcz przeciwnie, czułam się jakbym dostała w pysk.
Nie chciałam reagować od razu, bo zdawałam sobie sprawę, że mogę zareagować nieadekwatnie, wolałam poczekać i zobaczyć, o co mi dokładnie chodzi.
I mam pytanie w związku z tym: napisałeś, że szkodzę sama sobie. Możesz to rozwinąć? Bo nie wiem, o co Ci chodziło. Ja nic takiego nie czuję, jakobym miała sobie szkodzić, wręcz przeciwnie, robię wszystko, żeby pomóc sobie wyzdrowieć i jestem z siebie dumna, że tyle już osiągnęłam (a osiągnęłam - w związku z tematem zakręcenia w seksie - zwłaszcza w ostatnim czasie bardzo wiele).
Druga sprawa - pojawiło się tam określenie nimfomanka. Na początku myślałam, że może dlatego źle się poczułam, bo nikt (kto ma z tym problem) nie lubi, gdy mówi się mu prawdę, do której z jakich powodów nie chce się przyznać. Ja niby znam problem, nawet się nad tym zastanawiałam (o określaniu siebie jako nimfomanki), ale miałam z tym problem, być może dlatego, że w kwestii seksu raczej odbywa się to w drugą stronę niż u przeciętnej nimfomanki. Zawsze miałam go za mało i to nie tylko jak na moje potrzeby (teraz widzę że całkowicie normalne, tylko duże po prostu, a może nawet nie?) tylko w ogóle mało. Gdyby porównać mnie z innymi ludźmi, to podejrzewam że byłabym na szarym końcu w rankingu częstotliwości uprawiania seksu.
I być może to powodowało, że buntowałam się na to określenie (kiedyś i dziś). Ale doskonale zdaję sobie sprawę, że nimfomania może przybierać różne twarze (niekoniecznie zaraz trzeba ruchać się na każdym kroku), więc pora się do tego przyznać i przeżyć wszystkie nieciekawe uczucia z tym związane (z tym przyznaniem się do tego).
Tak więc - JESTEM NIMFOMANKĄ.
I jak już to sobie uświadomiłam, to nawet poczułam coś na kształt wdzięczności, ze to poruszyłeś. Ale zaraz potem przyszło opamiętanie - za co wdzięczność, za to że ktoś mnie walnął łychą w łeb. Tak, taka postawa kiedyś była mi bliska. Ale już nie teraz. Mogę nawet przez chwilę dać się nabrać, ale nie na długo.
Wgłębiłam się w swoje uczucia i okazało się, że to nie tylko dlatego źle się poczułam (że nazwałeś mnie nimfomanką, o co teraz nie mam żadnych pretensji do Ciebie, bo nazwałeś rzecz po imieniu). Przede wszystkim chodzi o Twoje podejście wobec mnie i to, dlaczego to powiedziałeś.
Po pierwsze, ja o rady nie prosiłam (ale nawet nie o to chodzi, o czym za chwilę). Tym bardziej podane w taki sposób i tym bardziej od ludzi, którzy mają mnie gdzieś, a piszą nie wiem w zasadzie po co, chyba tylko żeby podbudować się moim kosztem.
Bo jak to wyglądało? "Żaden zemnie fachowiec", ale jednak dam Ci radę.
Nie trzeba być fachowcem, żeby komuś poradzić, ale na pewno trzeba zrobić to z szacunkiem dla drugiego i w celu pomocy temu komuś, a nie podbicia samooceny samemu sobie.
[choć nie twierdzę, że zrobiłeś to celowo]
A Twoja rada była właśnie wyrażona bez szacunku. Nie zastanowiłes się nawet nad tym, że chodziłam już na tego typu "terapię" (spotkania SLAA i warsztaty z tym związane to nic innego, jak taka terapia), albo nie czytałeś tego, no ale jeśli się nie angażujesz (o co nie mam pretensji, nie wymagam, wręcz przeciwnie) to też nie angażuj się w dawanie rad. Bo to zwyczajny brak wrażliwości i szacunku, taka postawa. "wiesz co, nie chce mi się czytać twoich wynurzeń, ani nad nimi rozmyślać, ale za to dam ci radę".
Dlatego też tego posta nie odebrałam jako wspierającego, a wręcz przeciwnie - dołującego.
Poza tym, wszystko idzie w dobrym kierunku (a Ty jakby w ogóle tego nie zauważasz i radzisz mi jak osobie początkującej i nie umiejącej sobie dać rady z problemem). Zdaje się, że poradziłeś mi jedynie na podstawie Twojego wrażenia może opartego na tym, że teraz pozwoliłam sobie, żeby wyszło całe to podniecenie, nie blokowałam tego, mówiłam o tym, itd. może nawet za dużo (jak na czyjeś standardy). Ja tak robię z każdym tematem, kiedy czuję, że jestem gotowa, by to uzdrowić. Idę w to na maxa. No i dobrze, bo już sporo z tego uwolniłam. Na razie wcale nie czuje tego podniecenia od czasu mojego uwolnienia (pisałam o tym na forum). Nie wiem, może wróci (pewnie tak), ale to już będzie następna porcja do uwolnienia.
Gdybyś faktycznie miał szczere intencje, gdybyś chciał pomóc, to choć trochę zastanowiłbys się, co chcesz napisać i po co. Nie twierdzę, że zrobiłeś to świadomie, bo chyba wynikało to z bezmyślności, ale nie ma to znaczenia, bo boli tak samo.
Nie raz nie dwa spotkałam się z takim zachowaniem. I zawsze (albo prawie zawsze) wynikało to z lekkomyslnosci. Ktoś coś ode mnie usłyszał, coś mu się skojarzyło, nie zadał sobie nawet minimum trudu, żeby to dobrze zrozumieć i tylko po to, żeby sobie ulżyć, już leciał z radą. Oczywiście zawsze był zdziwiony tym, że nie chcę przyjąć jego rad. Przecież miał tak dobre intencje wobec mnie. Na pewno to ja jestem niewdzięczna i nie chcę przyjąć czegos do wiadomości. Czasem ludzie autentycznie byli zdziwieni i nie rozumieli, o co mi chodzi.
Nie mogę wymagać od nikogo, żeby się angażował w moje sprawy, ale mam prawo wymagać, żeby w przypadku, gdy już angażuje się w dawanie mi rad, zaangażował się też w cały proces ich dawania. Żeby zastanowił się, dlaczego chce mi tę rade dać, czy rzeczywiście z chęci pomocy, czy tylko dla siebie. I żeby nie robił tego lekkomyślnie, bo to jest nadużycie wobec mnie.
Jeśli Cię nie obchodzę, to po co się w ogóle do mnie odzywasz? Chyba tylko i wyłącznie dla siebie.
I na pewno nie chodzi o to, że nie jestem otarta na rady, bo gdy np. w innym wątku Dżonny udzielił mi rady, przyjęłam ją ochoczo (mimo że też wyraźnie o nią nie prosiłam, ale to nie ma większego znaczenia, bo nie chodzi o to, żeby komuś pomóc tylko wtedy, gdy on o to wyraźnie poprosi, ale zawsze trzeba to zrobić z wyczuciem), ale on to zrobił z wyczuciem i szacunkiem (czułam, że jest zaangażowany i wie, co mówi).
Skoro Ty dałeś mi radę, to ja pozwolę sobie też Ci poradzić.
Jest takie powiedzenie "dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane". Dla Ciebie, do rozważenia.
I jeszcze prośba - skoro nie chcesz angażować się w moją sytuację (wcale tego nie wymagam), to nie angażuj się też w dawanie mi rad.
Monkas,
to o sztywności to było z mojej strony takie niezobowiązujące stwierdzenie, powiedzenie. Natomiast akceptuję Twój punkt widzenia, jak również to, że się nim podzieliłeś.
Czy na pewno tego potrzebujesz ? skupienia się na Twojej krzywdzie ?
Tak, tego właśnie potrzebuję.
Felicite nie mamy takich intencji przecież (...)
Proszę Cię na przyszłość (jeśli jeszcze zamierzasz się do mnie odzywać) - mów za siebie, przynajmniej jeśli zwracasz się do mnie.
Bo skąd wiesz, że ja nie mam takich intencji? Znów "wiesz lepiej" ode mnie, co czuję i co mam w środku.
Takie podejście zwyczajnie mnie wkurza i sprawia, że nie chce mi się z Tobą rozmawiać, ani wnikać w to co napisałeś.
Ja Ci nie piszę "Monkas, czy naprawdę chcesz to uzdrowić, czy tylko pieprzyć ogólne farmazony?". A Ty cały czas starasz się zmusić mnie do dokonania jakiegoś wyboru, narzucić swój punkt widzenia.
Stań się duchowym mistrzem dla siebie i zacznij uzdrawiać swoje problemy, a nie zajmuj się problemami innych (ja Cię o to nie prosiłam, wsparcie nie polega na tym, że ktoś coś na siłę stara się mi uświadomić, naciska, itd itp., zresztą pisałam Ci już kiedyś o tym, nie będę się powtarzać).
I tego Ci życzę (szczerze). Uzdrowienia swoich własnych problemów.
Aha, wycofuje swoją uwagę o tym, że jesteś miły energetycznie Pod maską opanowania masz ukrytą agresję.
Mnie łatwo zrobić w bambuko, bo takie rzeczy długo były dla mnie niewidoczne, wyczuwałam je tylko podświadomie, ale teraz coraz częściej i łatwiej dostrzegam to świadomie, na szczęście.
I też powiem tak jak Ty: chcesz to dostrzec i uzdrowić, czy tylko trzymać się jedynie prawdziwego (swojego) punktu widzenia?
Pytanie jest retoryczne, bo jest zwyczajnie złośliwe. Nie mam zamiaru być wyrozumiała dla kogoś, kto - pod maską łagodności i opanowania - jest wobec mnie przemocowy.