
Mogę co nieco popisać, szczególnie że mam wyjątkowo leniwy dzień w pracy

Jak już hydrozagadka odniosła się do kwestii problemów, to mam kilka przemyśleń w temacie. Będę pisał ogólnikowo, bo tu nie chodzi tylko o mnie, więc nie chce wchodzić w żadne intymne czy niewygodne szczegóły.
Muszę przyznać, że były momenty kiedy byłem zaskoczony pewnymi problemami i ich skalą, czy nawet czułem się nieco przytłoczony tym co się działo. To był bardzo mocno oczyszczający okres dla nas obojga, a przez to momentami dość intensywny i ciężki emocjonalnie. Nie były to jednak bezsensowne problemy, które prowadziły donikąd - bardziej to przypominało bardzo intensywne wypłukiwanie miłością, w wyniku czego wypływało mnóstwo szlamu. Oczywiście bywało, że przelewaliśmy na siebie coś niefajnego, emocje bywały ciężkie, a my jesteśmy tylko ludźmi - ale jako, że to doskonale rozumiemy, to nie ma z tego powodu żadnych problemów. Nikt nikomu nie wypomina niczego, nie podtrzymuje się żalu, nie wymaga przeprosin, itd. Jest pełne zrozumienie i akceptacja dla naszych wad, słabości oraz tych mrocznych, wstydliwych stron. Nie udajemy że tego nie ma, że nie ma to wpływu na nasze zachowania.
Cudownie jest obnażyć całkowicie swoją duszę przed drugą osobą i czuć się bezpiecznie, spokojnie, dobrze. My się zdążyliśmy poznać od tej najmniej przyjemnej strony jaką mamy i to nie ma żadnego wpływu na nasze uczucie, czemu zresztą by miało mieć, skoro tak bardzo się kochamy, a te wszystkie negatywy nawet nie są prawdziwe?
Nieważne jak silne i ciężkie emocje się nie pojawiły, nie potrafiliśmy zbyt długo w tym tkwić - zawsze całkiem szybko dochodziliśmy do siebie, dużo rozmawialiśmy i tuliliśmy się dochodząc do porozumienia. Nikt niczego nie przeciągał, bo byśmy chyba zwariowali od niepotrzebnego odpychania siebie - najzwyczajniej w świecie nie potrafimy podtrzymywać negatywnych uczuć w stosunku do siebie nawzajem, miłość bardzo szybko to wypiera.
I mimo, że było wiele trudnych chwil - niczego nie żałuję, a wręcz śmiem twierdzić że było to dla nas niezbędne. Po prostu gdy spotyka się dwójka tak bardzo skrzywdzonych w przeszłości ludzi to jest to "normalne", że nieświadomie się ranią, ponieważ jest zbyt wiele lęków, upewniania się, testowania się nawzajem, negatywnych oczekiwań i wielu innych rzeczy. Muszę przyznać, że samo bycie w tak cudownym związku sprawiło, że zrzuciłem naprawdę spory kawał tego bagażu z siebie i to jest bezcenne, warte przejścia przez te trudniejsze chwile. Wiele jednak ułatwiało to, że my się tak bardzo kochamy do samego początku - wyznaliśmy sobie miłość zanim się w ogóle spotkaliśmy na żywo, a przez cały rok niezmiennie czuliśmy że jesteśmy dla siebie stworzeni i że chcemy być razem

Nie jestem pewien jak to napisać, żeby zostać dobrze zrozumianym, ale nauczyłem się, że gotowość do wymarzonego, idealnego związku to gotowość również do dojrzałego radzenia sobie z problemami pod wieloma względami. Jeśli ktoś nie jest jedną nogą na granicy oświecenia (a powiedzmy sobie szczerze - zdecydowana większość forumowiczów nie jest), to z pewnością ma jeszcze swój bagaż negatywnych wzorców, w tym takich które dopiero przy tej jedynej/tym jedynym mogą się odpalić i to tak konkretnie. Kiedy spotyka się kogoś w 100% lub coś koło tego harmonijnego i dobranego dla nas to wtedy ta miłość wchodzi dużo głębiej niż przy zwykłych, niezbyt szałowych związkach. Ona się wtrynia w każdy, najmniejszy zakamarek naszej duszy i wystawia wszystko na światło słoneczne.
Trzeba być gotowym do całkowitego odkrycia najmroczniejszych zakamarków swojej duszy - taki związek działa jak lustro, w którym widać absolutnie wszystko, również to czego nie chcemy widzieć. I myślę, że właśnie to jest największą przeszkodą dla większości ludzi w stworzeniu wymarzonego związku - to, że nie są gotowi i nie chcą widzieć wszystkiego w sobie. Wolą etapami odkrywać kolejne kawałki, ale nie są gotowi skonfrontować się z całością przykrej, wstydliwej, żenującej i okrutnej prawdy o sobie.
Kolejną trudnością jest też niegotowość do odłożenia swojego ego na bok kiedy jest to potrzebne, np. kiedy drugiej osobie wywala i potrzebuje naszego ciepła i wsparcia, a nie wysłuchiwania np. jak bardzo nas zraniła mówiąc czy robiąc coś tam (kiedy dobrze wiemy, że nie zrobiła czy powiedziała tego, żeby nam perfidnie dosrać, ale z powodu swoich słabości). oczywiście nie mówię tutaj o rezygnowaniu z siebie i wyrażania swojego zdania, bo to oczywiście też powinno się pojawiać, ale trzeba mieć wyczucie - chodzi o to, żeby udowadnianie drugiej osobie jak bardzo nas skrzywdziła nie przesłaniało tego co słuszne, tego co płynie z serca.