Clint, dziękuję

I gratuluję z całego serca :-)
Znów mi pś skacze z radości, ze się potwierdza, dobrze czułam, iż to tak właśnie jest:
"Kiedy spotyka się kogoś w 100% lub coś koło tego harmonijnego i dobranego dla nas to wtedy ta miłość wchodzi dużo głębiej niż przy zwykłych, niezbyt szałowych związkach. Ona się wtrynia w każdy, najmniejszy zakamarek naszej duszy i wystawia wszystko na światło słoneczne.
Trzeba być gotowym do całkowitego odkrycia najmroczniejszych zakamarków swojej duszy - taki związek działa jak lustro, w którym widać absolutnie wszystko, również to czego nie chcemy widzieć. I myślę, że właśnie to jest największą przeszkodą dla większości ludzi w stworzeniu wymarzonego związku - to, że nie są gotowi i nie chcą widzieć wszystkiego w sobie. Wolą etapami odkrywać kolejne kawałki, ale nie są gotowi skonfrontować się z całością przykrej, wstydliwej, żenującej i okrutnej prawdy o sobie."
Zastanawiam się - skoro ja jestem gotowa i nie mam problemu z odkrywaniem tych również mrocznych stron siebie, zarówno przed sobą samą, jak i przed ludźmi, którym ufam, lubię lub kocham - to czemu jak do tej pory przyciągałam do siebie takich, którzy z tym mają problem? Którzy wolą nakładać maski, obgadywać za plecami, wkręcać się w urojenia, zamiast po prostu otworzyć się na dialog - zarówno z samymi sobą, jaki drugą osobą, wobec której im np.: wywala?
To się już stopniowo zmienia, zdecydowanie na plus, takie osoby stopniowo odpadają z mojego otoczenia, a pojawiają się w zamian takie, które są naprawdę samoświadome siebie, nie udają świętoszkowatych, nie zajmują się oskarżaniem otoczenia o bzdury. Sympatyczne, życzliwe i otwarte. To pozytywne. A jednak sam proces tej wymiany mnie zranił i to mocno.
Głównie dlatego, ze uświadomiłam sobie, ze z jakiegoś względu przyciągałam wcześniej osoby nie gotowe na taką samoświadomość do swojego życia i na nich się przejeżdżałam. Przez to traciłam stopniowo radość, spontaniczność, wiarę (w siebie, w ludzi, w relacje) czy ufność. A przejeżdżałam się na nich - bo się zaślepiałam na oczywistości, zakładając że - ot, tylko im wywala, a naprawdę są dużo bardziej świadomi, w porządku i ok.
To chyba były próby - starego ascety i pustelnika;) - udowadniania sobie, że nie opłaca się tworzyć bliskich relacji, niezależnie czy związkowych czy koleżeńsko-przyjacielskich. Jeśli tak, to całkiem nieźle mi to szło. ;-)
Mam nadzieję, że zmiana oznacza, ze już pś nie potrzebuje więcej sobie takich bzdur udowadniać:))