Ja, jakiś czas temu nawet przekonałem się do etatu jako etatu samego w sobie. Nie przeszkadzało by mi to jakoś bardzo, gdyby miał sobie popracować jeszcze na etacie robiąc co lubię i co mnie ciekawi. W etacie fajne jest choćby to, że wychodząc z pracy zostawiam ją całkowicie za sobą i w wolnym czasie mogą poświęcać się w 100% wszystkiemu co nie jest pracą

Z kolei taki największy minus etatu to dla mnie to, że ja mam tak że mam takie dni, gdzie bym sobie odpoczął i popracował dużo mniej żeby się zająć pewnymi rzeczami, które mnie zaaferowały a bywają też takie gdzie bym sobie po prostu po pracy jeszcze popracował w ramach czegoś ciekawego (to się akurat da jakoś zorganizować

).
Moja obecna praca to takie pół na pół - 50% rzeczy które tam robię to nawet lubię, nauczyłem się sporo technicznych rzeczy związanych z tworzeniem i modyfikacją stron internetowych, a także ich pozycjonowaniem, dzięki czemu mogę sobie nie tylko dorabiać, ale też jak startuje ze swoim biznesem to będę miał świetną stronę za darmo, taką za którą bym zapłacił z dobre 1500 zł. I lubię to na tyle, że chyba nawet będę okazjonalnie dorabiał sobie na robieniu i modyfikowaniu stron, bo są z tego fajne pieniądze i bardzo ładnie się to komponuje z duchową pracą zdalną - można sobie na luzie podłubać w kodzie pomiędzy zabiegami i innymi zleceniami.
Pozostałe 50% których nie lubię w obecnej pracy to jakaś nudna klikanina, której się nie da ominąć i przede wszystkim nieustanny (na szczęście w 95% mailowy) kontakt z klientami, którzy w dużej mierze piszą by wyrazić swoje niezadowolenie (słusznie i często niesłusznie) na rzeczy, które w bardzo dużej mierze nie mam wpływu, ale sytuacja jest porąbana na tyle, że tak gdzie się mogę przyznać że nie mam wpływu to i tak nie dociera, a jeszcze jest sporo rzeczy na które oficjalnie mam wpływ, a w praktyce nie mam żadnego i muszę ściemniać. Strasznie to wszystko nieprzyjemne i wymaga ode mnie pewnej formy stłumienia, żeby się tym zajmować.
No i wisienka na torcie. Tak jak od dwóch jak pracuje w tej firmie, nasz dział nie miał żadnego kierownika, czuwali nad nami bezpośrednio prezesi, ale w bardzo mocno ograniczonym stopniu bo nie mieli na to czasu, a dział tworzyły same odpowiedzialne osoby, więc każdy pilnował swojej roboty i pomagał pozostałym - współpraca i odpowiedzialność były naprawdę na wysokim poziomie. Było to naprawdę super bo miało się pewne poczucie swobody i wolności, nikt na ręce nie patrzył, robiło się wszystko po swojemu, biorąc po prostu odpowiedzialność za każde słowo i działanie. Ja mając bardzo szybkie tempo pisania i dobrą organizację pracy radziłem sobie z moimi zadaniami szybciej niż koledzy, więc mogłem sobie pozwolić na nieco luzu pomiędzy zadaniami, siedząc sobie na necie w telefonie a jeszcze mnie chwalono za jakość i tempo pracy

Jednak firma się rozrosła przez ostatni rok, dział techniczny zyskał 2 razy więcej pracowników, nie wszyscy już trzymali poziom i niestety padła decyzja że musi się pojawić menedżer działu. Gość jest z nami od tygodnia i powiem krótko - te wyjątkowe, naprawdę fajne warunki pracy natychmiastowo szlag trafił. Wrzucili nam gościa z zewnątrz, takiego który nie wzbudza za grosz autorytetu, który w ogóle nie ogarnia technicznych rzeczy i jest teoretykiem zarządzania - tak, dosłownie teoretykiem - wykłada zarządzanie na jakieś wyższej szkole czegoś tam. Z naszą pracą (pozycjonowanie i Adwords) ma tyle wspólnego, że kiedyś miał sklep internetowy co użyto jako argumentu, że coś tam wie - to tak jakbym ja powiedział, że znam się na administracji bo prowadzę sobie kilka teczek z dokumentami. Koleś rozmawia z nami, ale nas nie słucha (nie mówcie mi o problemie, mówcie o rozwiązaniach), rzuca korpo żargonem, który kompletnie nie pasuje do grupy (naprawę użył słowa "target" z pełną powagą w zdaniu), a przez tydzień nie potrafił się nawet nauczyć kilkunastu imion, które się nawet powtarzają do tego stopnia, że mimo profilu pracowników w systemie (zdjęcie + imię i nazwisko), kazał nam przykleić do ścian karteczki z imionami, dzień później rozrysował sobie plan pokoju (całe 10 biurek) z podpisanymi imionami i przykleił sobie do ściany i jeszcze się kurde myli (w ciągu jednej rozmowy nadał mi dwa imiona, chociaż jedno się zgadzało). Dowala się do organizacji pracy najsolidniejszego pracownika z firmie (wszyscy wiedzą że koleś robi 200% normy i dosłownie robi cuda dla klientów), nie zna firmy i branży tak naprawdę, ale nie słucha że coś jest głupie czy bez sensu.
Ja się jeszcze wkopałem, bo na 27 maja padł pomysł, że jak ktoś chce darmowe wolne to ma sobie wymyślić cel do zrealizowania i ja go osiągnie to będzie wolne gratis. Informacje enigmatyczne, a ja jestem łasy na darmowe rzeczy, więc poszedłem wypytać o co chodzi (jeszcze przed przyjściem menedżera), sam proces przeciągnął się w czasie i bez wchodzenia w szczegóły skończyło się tym, że miałem indywidualną rozmowę z menedżerem o celu, który dla mnie wymyślił i który oznaczał dodatkowy kontakt do 30 klientów w miesiącu w sprawie jakichś dodatkowych działań pod SEO i 15 wymuszeń komunikatu o cookies (raz do klienta mail że mu zrobimy cookiesy jak nie ma, jak klient oleje to zostawiamy temat). To, że zawracanie dupy ludziom o cookies jest bez sensu, bo już raz dostali informacje, a ich bardziej interesuje pozycjonowanie i w tej kwestii oczekują ode mnie działań pozostał odbity. Ok. Jeśli chodzi o kontakt do 30 klientów zjechał mi łaskawie że tylko dla 15 mam coś zrobić (a dla reszty później), ja mu mówię, że analiza klienta, kontakt z nim i wykonanie dodatkowych działań to średnio 2-3 godziny na klienta (nie podałem zawyżonych wartości), więc 15 klientów to 30-50 godzin dodatkowej pracy na 4 tygodnie czyli 160 godzin (w firmie nie ma możliwości brania nadgodzin). Ja mu to mówię, a on mi tylko rzucił komentarzem, że my to strasznie lubimy liczby i zaczyna swoją manipulacyjną gadkę... Ręce mi opadły.
Żeby było zabawniej, ciągle się oficjalnie mówi że dział techniczny ma dużo za dużo pracy, że mamy za dużo klientów na osobę (na obsługuje ok. 340 teraz), że menedżer jest po to, aby opracować nowe plany działania i nas odciążyć, a tu nagle mam sobie wyczarować tyle dodatkowego czasu. Jasne, ja sobie akurat radzę na tyle szybko, że mógłbym sonie trochę dodatkowej pracy wrzucić, ale nie aż tyle. A inni to już w ogóle by się nie wyrobili.
Nie mając już siły, powiedziałem tylko że słabo to widzę, ale nie będę niczego z góry odrzucał, na co powiedział że ok, mamy ustalone więc że spróbuje i w swoich notatkach jako znak mojej aprobaty narysował uśmiechniętą buźkę, a dwie minuty wcześniej mówił że nie jesteśmy w przedszkolu (ja nie mam nic przeciwko uśmiechniętym buźkom, ale tutaj zajechało kolejnym NLP-podobnym bullshitem).
Podsumowując - koleś, który jest za głupi na wykonywanie mojej pracy, będzie mi mówił jak mam pracować i mną zarządzał (mimo że jego zarządzanie też pozostawia wiele do życzenia) i jeszcze pewnie kroi za 2-3 razy większą pensję niż ja.
Wiem, że się rozpisałem, ale jak widać - bije ode mnie mnóstwo frustracji. Obiecałem sobie, że nie dam się korpozeszmacić i zamierzam słowa dotrzymać. Na pewno nie będę sobie wypruwał flaków dla jednego wolnego dnia i gdybym nie zamierzał niedługo odejść to poszedłbym ZAŻĄDAĆ podwyżki, mówiąc że jak chcą robić korporacje z firmy to niech robią, ale ja w takim razie chcę korporacyjnej pensji. Nie ma 10 osób na moje miejsce, jest problem żeby znaleźć chociaż jedną sensowną.
Nakreśliłem z grubsza z czym muszę się mierzyć. Na swój sposób się cieszę, bo zamiast przedłużać wziąłem się w garść i wystarczyły jedne warsztaty, które się idealnie zbiegły z tymi zmianami, żeby nagle stwierdzić że rzeczy które planowałem na x lat do przodu mogę robić już teraz. Tak po prostu.