Hmmm
...Pomijając,że noc była ciężka przez paraliżujący prawie doprowadzający do szału ból głowy,to udało mi się parę razy zasnąć...Podobno tak objawia się czarna noc zmysłów...
Miałam przedziwne sny...Sen pierwszy...
Śnił mi się mój własny dzień a raczej wieczór ślubu...Gdzieś w Stanach Zjednoczonych...Mój dom rodzinny wyglądał tak,jakbyśmy mieli go opuścić raz na zawsze.Wszystkie meble wyniesione,nawet ściany odrapane z tapet...Ja wygladałam pięknie,ale jak nie ja...Byłam jak w transie,jak naćpana...Nie podobała mi się moja sukienka i wygląd zewnętrzny...Nie podobał mi się wygląd mojej mamy,nie ubrała się elegancko,tak jak na ślub przystało,była ubrana jak na codzień,jakby jej to było obojętne-jakby chciała pozbyć sie kłopotu... i nie cieszyła jej ta cała sytuacja...
Wyglądało na to,że ślub był ustawiany,może byłam po prostu sprzedana...Wychodząc z domu tylko tata mnie wspierał.Kiedy przekroczyliśmy próg domu,zagrała orkiestra mariachis,niebo błyskawicznie zasnuło się ciemnymi chmurami i rozpadał sie silny deszcz...Ja czekałam tylko na grupę moich znajomych indian-tylko na nich się cieszyłam...Wszyscy obrócili się w stronę kosciółka,który stał niedaleko domu i zobaczyliśmy zrywający sie przy nim wiatr i tworzącą się trąbę powietrzną ,która ten kościółek zmiotła błyskawicznie...Goście oczywiście sie rozpierzchli i uciekli widząc ten kataklizm...
W tym momencie ja sie ocknęłam z transu,matka zaczęła siarczyście przeklinać i dawać upust swojemu niezadowoleniu a ja zauważyłam,że tak naprawdę to nie ma wsród nas rzekomego mojego przyszłego męża-nawet nie wiem ,jak wyglądał i kim był,że tak naprawdę to ja tęsknię za innym mężczyzną,którego widzę juz w swojej głowie...A wogóle to zastanawiałam się,co ja w tym całym towarzystwie jeszcze robię i kiedy miałam sie juz odwrócić i sobie pójść w cholerę-obudziłam się :-)...
Sen drugi...
Byłam małą ładną blondwłosą dziewczynką,która poszła na spacer na cmentarz...Wykopałam dołek w ziemi,zaczęłam do tego dołka wymiotować jakimiś kłębkami wełny,szmatami,drutem kolczastym i kawałkami szkieł...Dość upiorny był to obrazek ...Zaczęły w tym dołku znikać oddzielone częsci mnie-nie mnie...A ja tak naprawdę jakbym stała obok i obserwowała ta scenę...Odczuwałam coraz większą ulgę widząc,czego ta dziewczynka się z siebie pozbywa...Zakopała dziurkę,przyklepała i udeptała mocno ziemię,położyła na niej kwiaty i odeszła ze spokojem...
Sen trzeci...
Byłam jakby spowrotem na ostatnich sobotnio-niedzielnych ustawieniach hellingerowskich...Ustawiałam swój system i pytałam moja mamę-nie mamę-Jagę-autentyczna osoba i imię,{skąd inąd mocna baba i ciekawa osobowość :-))) },co mam zrobić,żeby juz nigdy przenigdy mnie ta moja głowa tak nie bolała jak teraz...
Na to ona niewiele myśląc złapała mnie za rękę i wyprowadziła z sali .Szłyśmy autentycznymi miejscami w Poznaniu przez park Kasprowicza na cmentarz Górczyński...Kazała mi klęknąć przed bezimiennym grobem -przestać kombinować w główce,zacząć czuć sercem i i głęboko pokłonić się przed wszystkimi już nieżyjącymi osobami w moim rodzie-WSZYSTKIMI-kazała mi sobie przypomnieć,kogo pamiętam,wszystkie dzieci ,które nie miały szczęścia się urodzić bezpiecznie,wszystkimi,których nie lubiłam z jakiegoś tam powodu i oddać im autentyczną cześć,pokłonić się im i zgiąć kark,uszanować ich takimi jacy byli...Tłumaczyła mi dlaczego-ja ich pamięć genetyczną noszę w sobie,w każdej komórce ciała...Nie szanując ich i ich sposobu życia,jaki by nie był nie szanuję i siebie...A bez tego całego daru,jaki mam od nich nic nie zrobię-jeżeli nie znam korzeni-także problemów,które chcę rozwiązać-to się po prostu nie uda,będzie narastać mój gniew i bezsilność i znów mnie będzie głowa bolała...Rozpłakałam się-autentycznie i płacząc się obudziłam...Głowa przestała boleć :-P...
Takie to miałam sny...