Miałam sen, który mi pokazał, że współlokatorzy w mieszkaniu nie muszą oznaczać jedynie katastrofy i dramatu. Przyśniło mi się, że moje mieszkanie wypełnione jest po brzegi ludźmi, chyba kilkadziesiąt osób! Kogo tam nie było, nawet moja nieżyjąca babcia, a także BlackRose i MariuszEro:) Reszty nie zapamiętałam. Siedzimy na długiej kanapie, chyba w sześć osób - ile się zmieściło, ramię w ramię, teoretycznie jak śledzie (normalnie byłaby to zgroza), a ludzkie słowo nie opisze jak było mi wygodnie koło Mariusza:) Był niewiarygodnie miękki:P Na jawie pewnie nie byłby to komplement, ale w tym śnie wyraźnie chodziło o symbolikę, o to że towarzystwo nie musi uwierać. Było tak dużo ludzi, brzęczało jak w ulu, a jednocześnie był niesamowity spokój, błogość i cisza w energiach, nic mnie nie rozpraszało, kiedy czytałam książkę na tej kanapie. Właściwie takiego spokoju, nigdy wcześniej nie zaznałam i nie czułam, nawet mimo to, że mieszkam sama, co ma mi ten spokój teoretycznie zapewniać.