Cześć muszka91

Post będzie zapewne długi, jak zwykle:p Ale bardzo chciałabym, żebyś go przeczytała.
Czytałam wczoraj Twój post i moja pierwsza myśl była taka: „kurcze jakbym czytała siebie sprzed lat”. Pamiętam dobrze jaką cichą i nieśmiałą osobą byłam, jaką miałam beznadziejną samoocenę, jak nie wierzyłam w siebie, jak bałam się własnego cienia. Chodziłam jak taka zalękniona myszka bojąc się nawet wyjść do sklepu, bo tam był przecież kontakt z ludźmi, kiedy wychodziłam z psem i ktoś do mnie próbował zagadać uciekałam w przerażeniu i wcale tu nie przesadzam. Całe to zamknięcie owocowało oczywiście kijowymi pracami jakie sobie przyciągałam, nie było mnie stać na nic lepszego, chociaż moi bliscy upierali się że przecież zasługuję na więcej. W poprzednich pracach pokroju kelnerka/recepcjonistka/barmanka/ekspedientka zawsze miałam jakieś powody do zmartwień, trzęsły mi się ręce, miałam bóle w klatce piersiowej, codziennie chciało mi się wymiotować, płakałam z powodu szefa, wpadałam w panikę, zalewał mnie zimny pot kiedy miałam kontakt z klientem, napotykałam na naprawdę wrednych i chamskich ludzi, przejmowałam się każdym słowem które było kierowane w moją stronę bądź za moimi plecami, miałam wrażenie że świat mnie nienawidzi, a ja nienawidziłam tych ludzi, czułam się jak robak którego można rozgnieść a on nic i jeszcze się uśmiechnie i podziękuje.
Nie byłam wtedy w takiej sytuacji jak Ty, bo nie mam synka na utrzymaniu, ale narzucałam sobie ogromną presję w podświadomości, że musze pracować, aby uzbierać pieniądze na mój wyjazd z domu (chciałam wtedy studiować w innym mieście), odkładałam też na komputer żeby mieć się na czym uczyć, wychodziło też na to, że i tak część pensji dokładałam mamie, bo w domu klepalismy biedę. A zarabiałam smiesznie małe pieniądze za naprawdę ciężką harówkę, pracując po 12 h, również w nocy, np. w motelu w którym do moich obowiązków należało dosłownie WSZYSTKO, obsługa gości hotelowych, restauracji, sprzątanie, robota papierkowa, kuchnia, nawet robienie drinków… Z szefem który był takim oszołomem, że aż do dzis mam ciary, w miejscu które w żaden sposób nie było chronione, na uboczu autostrady, miałam nawet sytuację że wracając z pracy otarłam się o gwałt i wyskakiwałam z jadącego samochodu, ale na szczęście nic mi się nie stało. PATOLA.
Próbuję Ci to wszystko nakreślić, żebyś wiedziała że teraz – mimo tak popieprzonych intencji i wzorców i przywiązania do bycia ofiarą (bo wierz mi moja rodzina się w tym specjalizuje – spłonął mój dom, mój brat tak się tłumił, że umarł, siostra nie może się po tym pozbierać i ma ciężką depresję i nie rozumie co się do niej mówi, matka jest ofiarą życiową, a ojciec no cóż jest bezdomnym menelem) UPORAŁAM SIĘ Z TYM. Dałam radę się z tego wszystkiego podnieść. Nie wiem jak Ciebie, ale mnie takie przykłady zawsze motywowały. Czytając wczoraj Twój post, poczułam ulgę, że już nie muszę tego wszystkiego przezywać, że już nie mam aż takich problemów. Oczywiście wywala, ale nie tak mocno, nie tak emocjonalnie, czuję się naprawdę szczęśliwa gdziekolwiek jestem, z kimkolwiek rozmawiam, czuję spokój, spokój którego tak pragnęłam.
I wiesz co?
Zmiana pracy, czy stawianie swoich granic na siłę kiedy nie jesteś na to gotowa, prowokowanie do wyrzucenia, nie pomoże Ci na dłuższą metę. Sama wiem jak ciężko znaleźć pracę jeszcze z tak niską samooceną, ja jeszcze mieszkałam w Toruniu w którym ogłoszeń było tyle co nic. Miałam kryzysy w pracy, bliscy mówili mi teksty z cyklu - rzuć to w cholerę, nie zasługujesz na to, szanuj się. Rzucałam i wpadałam znowu w ten okropny proces szukania pracy, denerwowałam się, w końcu znajdowałam coś nowego, wmawiałam sobie że nie jest źle ale dalej było kijowo. W ten sposób nie uciekniesz od swoich problemów, wiem że pocieszanie Cię w stylu „nie zasługujesz na to wszystko, jesteś wrażliwa, ta praca nie jest dla Ciebie” wydaje się być miłe, ale ja to przeżyłam i wiesz, dopóki nie popracujesz nad sobą, mając tak silne wzorce ofiary będziesz się źle czuła i przejmowała ludźmi gdziekolwiek nie trafisz, niestety taka jest prawda.
Masz na utrzymaniu dziecko, nie katuj się kolejnym procesem szukania pracy na hura, spróbuj zaakceptować to co jest chociaż na chwilę i popracuj nad sobą i obserwuj zmiany jakie się dzieją wokół ciebie, doceń każdą. Twoja praca sama w sobie jest kijowa, to w końcu praca kasjerki, oczywiście zasługujesz na coś lepszego, Bóg ma dla Ciebie zawsze coś lepszego, ale –i to jest teraz bardzo ważne –
zmień pracę w tym momencie kiedy będziesz czuła, że zasługujesz na coś lepszego, kiedy będziesz całą sobą czuła, że nie pasujesz do tych ludzi i że czeka na Ciebie coś zupełnie nowego – nie dlatego że czujesz smutek, ból, frustracje, żal, strach. Nie ma chyba gorszego sabotażu od rzucania pracy pod wpływem negatywnych emocji, bo pomyśl, gdzie to Cię zaprowadzi? Do utopijnej pracy marzeń, z ludźmi którzy będą Cię kochać i akceptować? Póki Ty na to nie pozwolisz, tak nie będzie. Pamiętaj, że Ty kreujesz swoją rzeczywistość…
Wiesz, jesteś dzielna, nie jest teraz z Tobą tak źle jak ze mną z przeszłości;) Piszesz, że praca jest ok., tylko masz problemy w tych relacjach z ludźmi, więc poradzisz sobie, nic tylko pracować nad tym, co Ci w tej pracy przeszkadza. A jak to przerobisz naturalnie otworzysz się na coś nowego. Lepszego:) Sama też zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś ofiarą, to też ważny krok, bo są przecież ludzie którzy lamentują nad zmianą swojego życia a się nawet nie przyznają, że mają takie a nie inne wzorce i albo udają twardzieli albo zwalają winę na innych.
Czasami proste rozwiązania są najlepsze, jeśli praca nad uwalnianiem się od wzorców ofiary Cię przerasta, bo to rozległy temat i pewnie wiele warstw masz tutaj do odpuszczenia, to… nie katuj się, może na razie nie jesteś otwarta na tak radykalne zmiany, skup się na jednym temacie i oraj go aż poczujesz efekty (uwierz mi, że będą) i najważniejsze dla Ciebie teraz – żeby to było coś przyjemnego dla Ciebie, żebyś się uspokoiła, wyciszyła, zrobiła sobie grunt pod pracę z naprawdę silnymi emocjami. Wzorce ofiary to cięzkie klimaty, skup się może nad pozytywnym nastawieniem do świata, do ludzi, do życia, zmian w swoim zyciu. Ja pracę nad optymizmem zaczęłam od medytacji Leszka „Szkoła optymizmu”, robisz sobie ją rano i wieczorem po 15 minut codziennie, więc nie jest wymagająca, jak najdłużej - gwarantuję Ci że poczujesz zmiany. Miałam przed nią na początku opory, bo przecież przez większość życia widziałam wszystko w czarnych barwach. Ta medytacja nie obciąża, nie przytłacza, napawa Cię dużą ilością pozytywnego nastawiania, możesz jej sobie słuchać w drodze do pracy…
I nie przejmuj się tym, że piszesz tylko wtedy kiedy Ci wywala, od tego przecież jest to forum i nie musisz przejmować się co sobie ktoś tutaj o Tobie pomyśli. Masz prawo czuć się źle, ma prawo Ci wywalać i nie ma nic złego w tym, że prosisz o pomoc, wiesz moim zdaniem to jest swojego rodzaju odwaga, napisać publicznie o swoim problemie i tym samym pokazać, że chcesz stawić mu czoła, a nie zamykać się w swoim bagienku i wiecznie czekać na cud. Tak jak już pisałam - jesteś dzielna a ja osobiście odbieram Cię jako bardzo pozytywną osobę, nie ważne o ilu problemach byś tutaj nie pisała.
Wspieram i życzę powodzenia
