Spotkało mnie dziś ciekawe doświadczenie i aż się tym podzielę. Przez ostatni tydzień miałam kryzys w pracy nad tematem, którym się teraz aktualnie zajmuję. Strasznie mi wywalało, nie chciało mi się robić medytacji i miałam wrażenie, że stoję w miejscu. Starałam się na każdym kroku cieszyć tym co mam i to doceniać, bo przecież mam taki fajny związek, mam dużo wolnego czasu, który mogę poświęcać na przyjemności, mam dużo wsparcia i miłych chwil na co dzień i ciągle idę przecież do przodu, zmieniam się i czuję lepiej z każdym dniem. To wystarczająco dużo powodów, żeby czuć się dobrze, no ale ciągle gdzieś tam z tyłu coś musiało mnie albo wkurzać albo dołować i nie rozumiałam co to takiego.
Tydzień temu strasznie bolała mnie głowa w okolicach skroni, miałam dziwne sny związane z pewnymi osobami i przez to miałam cały dzień skopany humor i brak chęci do robienia czegokolwiek. Wtedy uświadomiłam sobie jak jeszcze bardzo podatna jestem na wpływy, opinie, ocenę innych ludzi, jak łatwo mną podświadomie manipulować i wpływać na moje samopoczucie. Kiedy to poczułam pomyślałam sobie, że pomodlę się o czyszczenie moich intencji w tym temacie i wizualizowałam sobie siebie w takiej bezpiecznej otoczce, bańce energetycznej przez którą nikt się nie przebije, w której nikt na mnie nie ma negatywnego wpływu i nie wyrządzi mi realnie żadnej krzywdy wbrew mojej woli. I jak się tak modliłam zaczęły się dziać różne dziwne rzeczy. Praca etatowa zaczęła wkurzać mnie jeszcze bardziej niż zwykle, choć realnie nic strasznego i nowego się tam nie działo. Moje cele związane z rysowaniem i zmianą pracy w tym kierunku zdawały się uciekać, odpaliła się niewiara w moje umiejętności i różne lęki związane z nową pracą, wyzwaniami itp. Na domiar tego wszystkiego odezwał się do mnie po długim czasie mój były facet, który uporczywie i nachalnie nalegał na spotkanie, próbując mydlić mi oczy że nic do mnie nie czuje (zaraz po tekście w stylu: tęsknię za tobą, chciałbym usłyszeć twój głos, bądźmy przyjaciółmi:>) i że tylko chce się spotkać z ciekawości, bo zaczął się zajmować rozwojem i chciałby na ten temat ze mną podyskutować, oczywiście pisząc przy okazji masę głupot, które tylko świadczyły o tym, jak bardzo nie mielibyśmy o czym rozmawiać. Wyjaśnił się więc mój ból głowy a ja w końcu postanowiłam raz na zawsze pozamykać stare sprawy i zakończyć imprezę z cyklu- każdy może naruszyć moją przestrzeń i wchodzić mi do głowy, bo ja na to pozwalam. I już nie pozwalam:)
No i dziś zrobiłam poranną medytację, a gdy skończyłam sobie wcześniej pracę spacerowałam moją ulubioną alejką obserwując niesamowicie piękne zjawisko na niebie, jakim było fantazyjne ułożenie chmur. Całe niebo pokryte było małymi kłębkami chmurek, które tworzyły ogromną rozciągniętą siatkę i gdzieś tam daleko na horyzoncie rozmywały się tworząc jedną piękną całość, przechodząc w delikatną mglistą przestrzeń i to wszystko oświetlone było promieniami słońca. Usiadłam sobie na ławeczce i zaczęłam się modlić w temacie oczyszczenia moich intencji dotyczących pracy i jej zmieniania, żeby moje problemy dotyczące pracy zostały rozwiązane w najkorzystniejszy dla mnie sposób – szybko, bezpiecznie i skutecznie.
Wtedy zauważyłam co sobie cały czas robię. Zauważyłam jak bardzo nakręcam się na co dzień różnymi sytuacjami w pracy, że ciągle, mimo zmian w tym temacie dalej z koleżanką narzekamy codziennie na naszą szefową jaka jest porąbana i niedojrzała, jak nas wkurza jedna z pracownic i jak bardzo mamy dosyć tej pracy... Śmieszne, to tak jak z dzieckiem - wiem że nie wolno takich rzeczy robić bo to nic dobrego nie przyniesie ale i tak to robię:p Dotarło do mnie, że jeśli zrezygnuję z etatówki i dostanę zdalną, przyjemną pracę, w której będę mogła sobie siedzieć w domku i rysować ( a byłaby to dla mnie na ten moment cudowna opcja, bo miałabym też czas aby wziąć psa i szkolić go w kierunku jeszcze jednego zawodu w którym chcę się realizować) oraz będę się czuła miło, bezpiecznie i przyjemne to… Nie będzie już żadnych sensacji, nie będzie negatywnych emocji związanych z pracą, nie będzie emocjonalnych akcji na stanowisku pracy! Wg mojej podświadomości życie nie będzie życiem! Co za głupota.
Piszę teraz o rzeczach o których wiedziałam od dawna, jednak podświadomość dalej się tego uporczywie trzymała. I dziś nie zawahałam się przyznać sobie samej, że boję się, że moje życie będzie zbyt spokojne, zbyt przyjemne i zbyt zajebiste. A teraz mi tak wywala, bo przecież naprawdę mało mi do tego przyjemnego życia brakuje... Dużo rzadziej przejmuję się takimi pierdołami jak opinia innych, w pracy etatowej mam też fajne koleżanki, w tym przyjaciółkę z którą mogę o wszystkim pogadać, mam luźne warunki pracy co pozwala mi zajmować się po godzinach rysowaniem i pracą nad sobą. Związek mam idealny, dużo powodów do szczęścia, a nie mam żadnych realnych powodów do tego, aby czuć się na co dzień źle. A jednak jakbym podświadomie szukała tych negatywnych czynników na siłę.
I po co?
Wtedy zauważyłam że niebo rozmyło się i nie wyglądało już jak układanka rozproszonych chmur - przeszły płynnie w jednolitą delikatną całość. To wszystko wyglądało tak pięknie, byłam tak zachwycona, że aż ludzie na ulicy zastanawiali się na co tak patrzę:p Tak to już jest kiedy widzi się swój problem czy swoje błędy po raz kolejny, ale tym razem z dużo głębszej perspektywy.