umarł ojciec mojej koleżanki z pracy. koleżanka bardzo to przeżyła i przykro mi z jej powodu i wiem, ze gdyby ona zaczęla przy mnie płakać ja również bym się rozpłakała.
pojawiła się u mnie jednak refleksja. wydaje mi się, że gdyby umarło któreś z moich rodziców w ogóle mnie by to nie obeszło. rodzina zawsze zarzucała mi że nie jestem rodzinna. ja, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że chyba nie kocham moich rodziców ani nikogo z rodziny. i chyba nie tylko przez wzgląd na ich traktowanie mnie-bo wiadomo, ze obok tego złego było też i dobre czy neutralne, wynikające z wypełnianych przez nich obowiazków-inaczej by mnie tu nie było i nie żyłabym "dorosłym życiem". natomiast gdy przeczytałam o kocie który potrzebuje pomocy i sam opis jego obrażen o malo co się nie rozpłakałam.
zastanawiam się czego to wynik-może mojego niedorozwoju emocjonalnego a może braku serca czy też znieczulenia. nie wiem ale zarzut braku rodzinności zawsze powodował u mnie poczucie winy. i kompleks na tle innych, bo mnie moja rodzina mało obchodzi, a przynajmniej takie mam wrażenie.