Mój kot, który mieszkał z rodzicami we Wrocławiu dzisiaj umarł. Miał 12 lat. Miał zatrutą wątrobę i od kilku dni brał kroplówki, rokowania były ostrożne. Ojciec ostatni raz pojechal z nim do drugiego lekarza wczoraj, bliżej domu i stara lekarka wbiła mu ta kroplówke w płuca. Widac było, ze źle się po niej poczuł, ale nikt nic nie zrobił. Dzis matka widziała, ze źle z nim (ojciec był w pracy), ale zamiast wziąć go do weta pojechała sobie na ploty do babci. Po powrocie juz miał drgawki, a ona zamiast jechac do lekarza poinformowala siostrę co się dzieje i powiedziała, ze z nim nie pojedzie, bo kot za ciężki. siostra przez całe miasto przyjechała, wzięli go do tego pierwszego, dobrego weterynarza, jeszcze w ostatniej chwili dali mu tlen, ale to już nic nie pomogło.

(((. jest mi bardzo przykro ze mam taką głupią rodzinę i ze moze mozna było coś zrobić, choc w sumie lekarz powiedział, ze z zatrutą wątrobą byłoby już ciężko. A kot zatruł tą watrobę draceną, którą obgryzał bo matka miała jej pełno w pokoju.
co się dzieje ze zwierzętami po śmierci? czy jest im lepiej? moze to mnie chociaż pocieszy bo płaczę.